Jestem z tego dumna. To chyba moje najlepsze opowiadanie, jak do tej pory. Pewnie i tak ktoś będzie marudził, ale od tego już jest i mu nie zabronię. Miłego czytania.
Byliśmy sobie
obcy, jak dwoje ludzi mieszkających w jednym blokowisku, w różnych
budynkach. Działo się tak, głównie dlatego, że taka właśnie
była prawda. Dzieliła nas przerażająca przepaść. Zupełnie
jakbyś chciał skoczyć z dachu swojego mieszkania, na mój. Czego
byś nie robił, wylądowałbyś bez oznak życia na twardej ziemi.
Na szczęście nie musiałeś. Pewnie nawet nie rozpoznawałeś mojej
twarzy, a już na pewno mojego imienia. Byłam dla ciebie kolejnym,
szarym elementem tła. Ty dla mnie też. To naturalne, lecz, gdy tak
o tym myślę, wydaje się to być dziwne i irracjonalne, schowane za
zasłoną nieosiągalnych snów.
Lubiłam
wychodzić na dach, a tego dnia zachodzące słońce w połączeniu z
mleczną mgłą dawało idealny moment, aby patrzeć się w
bezgwiezdne niebo. Bez ustanku. Chmury były tego dnia bardzo nisko i
miałam wrażenie, że jestem ich częścią. To było bardzo
przyjemne uczucie. Wtedy przyszedłeś ty. Nawet nie zauważyłeś
mnie, leżącej za jakimś kartonowym pudłem, porzuconym przez
bezdomnego, który przestał tu przychodzić już dawno temu. Gapiłeś
się takim pustym wzrokiem, chyba bardzo ci na czymś zależało.
Stąpałeś ciężko po moim dachu, wtedy nawet nie wiedziałam, że
mieszkasz naprzeciwko i twoje przybycie nie zdziwiło mnie tak
bardzo. Ot co, kolejny trochę samotny człowiek. Zatrzymałeś na
samym skraju. Na krawędzi. Uniosłam się, by zobaczyć, co się
dzieje. Rozłożyłeś ręce, jakbyś chciał przytulić cały świat,
choć teraz, gdy o tym myślę, wyglądało to bardziej, jakbyś
wisiał na krzyżu. Męczennik się znalazł.
Wstałam.
Pamiętam, że twoje wargi delikatnie się ruszały. Z początku
chciałam po prostu wrócić do domu, bo zaburzyłeś moją samotność
i nie miałam już szans na relaks, ale ominęłam dziurę i
wystającą z niej drabinę, i zbliżyłam się do ciebie. Wtedy
usłyszałam twój szept. Powtarzające się w kółko jedno słowo:
„Nie”. Chyba płakałeś. Odsunęłam się.
Następnego dnia
nie przyszłam na dach. Wracając ze szkoły widziałam, że tam
jesteś. Potem było tak samo, ale czwartego, samotnego wieczoru nie
dałam rady. Tym razem już tam byłeś. Siedziałeś sobie i
machałeś nogami, które, gdyby były dłuższe, mogłyby by być
widoczne w oknie moich sąsiadów. Chciałam sobie pójść
zrezygnowana, wiedząc, że nie będę miała swojego miejsca, ale
tego nie zrobiłam. Usiadłam obok ciebie, czując, że mocniejsze
popchnięcie mogłoby mnie zrzucić i sprawić, że rozpadłabym się
na samym dole, a wielu nieznanych mi ludzi zebrałoby się, by
celebrować moją śmierć. Milczałeś. Ja w sumie też. Miałam
wrażenie, że cisza jest trochę niezręczna, ale kątem oka
zauważyłam, że się uśmiechasz. Patrzyliśmy razem w dal. Była
ona pozasłania przez blok naprzeciwko i inne, wyższe i dalsze
budynki, ale to w niczym nie przeszkadzało. Westchnąłeś, a
ja spróbowałam jakoś zagłuszyć ciszę, która wydała mi się
trwać już zbyt długo.
-Ładny stąd
widok, co?
Odwróciłeś
głowę w moją stronę i znów popatrzyłeś na szare niebo. Twój
wzrok był nieobecny, jakbyś dopiero teraz zaczął zdawać sobie
sprawę, że ktoś jest obok ciebie. Wyciągnąłeś rękę wskazując
na blok, po drugiej stronie.
-Tam też jest
ładny. - Zamilkłeś na chwilę, chyba biorąc się na odwagę. -
Jednak stąd jest lepiej. - Nie przeszkadzałam ci. Patrzyłam na
chmury w milczeniu, bo wiedziałam, że chcesz dodać coś jeszcze,
ale nie jesteś pewien swoich słów. Spuściłeś wzrok i
wymruczałeś - Ja... już nie chcę.
-Czego? -
rzuciłam w przestrzeń.
-Żyć.
-Ach.
Żaden z ptaków
siedzących na małym drzewie, które stało samotnie obok ścieżki,
pomiędzy budynkami nie poderwał się do lotu. Ani jedno małe
dziecko nie zaczęło płakać, nie było też słychać dźwięków
tłuczonego szkła. Nawet samochody zatrzymały się na czerwonym
świetle. Przynajmniej takie miałam wrażenie.
-Twoim marzeniem
jest śmierć? - Zapytałam.
-Tak, w sumie, to
tak.
-Więc jesteś
bardzo szczęśliwym człowiekiem. - Nie zwracałam uwagi na twoje
zdziwienie i nie dając ci dość do słowa kontynuowałam - twoje
życzenie na pewno się spełni. To jedyne takie na świecie. Czego
innego byś nie pragnął...
-Mogę umrzeć i
się nie dopełni, tak? - dokończyłeś za mnie.
-Tak.
Znowu
milczeliśmy, ale teraz nie było mi tak niezręcznie. Nawet się
uśmiechnęłam. Ty też. Popatrzyłeś na mnie.
-Ale pewnie nie
chcesz, abym je spełniał?
-Hmm.... -
Zastanowiłam się. - Nie życzę ci śmierci. Tak sądzę. A ty?
Życzysz sobie śmierci?
Milczałeś.
Zrobiłeś zamyśloną minę, ale w końcu się zdecydowałeś.
Podniosłeś się i podałeś mi rękę. Potem oboje staliśmy na
krawędzi dachu i patrzyliśmy na szare niebo. Lubiłam je, bo
codziennie wyglądało inaczej, a jednak nie zmieniało się tak
bardzo. Rozłożyłeś ręce, tak, jak wtedy, gdy zauważyłam cię
po raz pierwszy i powiedziałeś, bym zrobiła to samo.
-A teraz
powtarzaj: Nie chcę umierać.
-Nie chcę
umierać - wyszeptałam posłusznie.
-Zawsze tak
robię, gdy jest mi źle. - To było skierowane do mnie. Miałam
wrażenie, że zdradza mi jakiś wielki sekret. Mi i tylko mi. - Z
każdym „nie” wymyślam jakiś argument. Chcesz spróbować na
głos?
Choć poczułam,
że ręce zaraz zaczną mi cierpnąć skinęłam głową.
-Nie chcę
umierać... bo kocham patrzeć się w niebo.
-Nie chcę
umierać... - mówiłeś całkiem poważnie, zastanawiając się nad
tym co mówisz – bo go kocham.
-Nie chcę
umierać... - kontynuowałam, nie chcąc się wtryniać w twoje
sprawy, choć byłam bardzo ciekawa, o co ci chodziło - bo nie
spełniłam jeszcze swoich marzeń.
-Nie chcę
umierać... bo ojciec mnie potrzebuje.
-Nie chcę
umierać... bo mam przyjaciółki.
Wyliczaliśmy tak
przez pewien czas. Ja opuściłam ręce, bo zaczęły mnie boleć,
ale ty ciągle utrzymywałeś tę pozycję. W końcu mówiliśmy już
tylko argumenty, czasem były trochę głupie, lub nienaturalne, ale
miałam wrażenie, że twoje mają większą wartość.
-...bo czasem
spotykam dobrych ludzi.
-...bo jestem
szczęśliwa.
-...bo jestem
tchórzem. - Twoje zdanie zakończyło tę wyliczankę. Usiadłeś i
popatrzyłeś na mnie. Przykucnęłam obok i uśmiechnęłam się do
ciebie pocieszająco. Wstrząsnęło mną to, jak się zachowywałeś.
Miałam wrażenie, że poznałam więcej tajemnic, niż kiedykolwiek
będzie mi jeszcze dane ich usłyszeć. Nie byłeś, jak ci samobójcy
na pokaz, którzy mogą się jedynie użalać nad swoim życiem. Nie
chciałeś umierać, ale nie miałeś już siły istnieć. Takie
miałam wrażenie.
-Może -
powiedziałam - nie z każdym strachem trzeba walczyć.
-Może.
W sumie nawet nie
poznałam twojego imienia. Zostałeś dla mnie chłopcem z dachu.
Potem, gdy znowu przyszłam w swoje ulubione miejsce ciebie nie było.
Patrzyłeś na mnie z okna w drugim bloku. Pomachałam do ciebie.
Zasłoniłeś rolety. Spotkałam cię dopiero kilka dni później.
Stałeś z rozłożonymi rękami i powtarzałeś słowo: „Nie.”
Podeszłam do ciebie nie rozkładając rąk i czekałam, aż
skończysz. Odezwałam się dopiero, gdy zamilkłeś.
-Tak - powiedziałam, a ty spojrzałeś na mnie zaskoczony. - Chcę żyć. - Uśmiechnąłeś
się na te słowa.
-Tak -
wyszeptałeś, ważąc to jedno słowo, sprawdzając, jak smakuje w
twoich ustach. - Tak.
O mamusiu! To było cudowne! Ten sposób pisania i wgl. Estetyka. To było coś pięknego, naprawde szybko mi się to czytało. Jest coś w tym takiego interesującego i ciągnącego dalej. Zakochałam się w tym to jest po prostu boskie. Ten dach... Ach. To takie cuś że nie umiem tego opisać słowami. Przepraszam ale zabrakło mi ich.
OdpowiedzUsuńDziewczyna z zapytaja xox za jakieś błędy przepraszam. Pisze z telefonu...
http://uaremypain.blogspot.com/
~Pain
Itѕ ѕuch as үou read mʏ tҺoughts! Үou appear to understand a lot ɑpproximately this, lie ƴoս wrote the eboopk іn it
OdpowiedzUsuńor something. І thin that you simply сan dօ աith ɑ feew p.c.
to pressure the message house а littlee bit, but other thɑn that, this is magnificent blog.
A gгeat гead. I'll definitelү bе bɑck.
my blog; trehyth retert
Cześć, to ja, ta nowa! :>
OdpowiedzUsuńTo zbyt obcesowe napisać, że świetnie piszesz albo coś tam w serduszkach i mózgach poruszasz, a może ty masz prawdziwy dar albo talent, albo zwiększone pokłady weny twórczej. Ale możesz to odnieść do siebie.
Tak, samotność jest wszędzie. I to nie fair, że uciekła z dachu. Ta historia jest nie fair. Też chcę wejść na dach, spotkać czyjś nieobecny wzrok i coś sobie udowodnić.Ale są dwa problemy:
Pierwszy - mieszkam na wsi. Gdybym spotkała kogoś na dachu swojego domu... chociaż może zacznijmy od tego, jak ja tam wejdę... prawdopodobnie mój wrzask słychać byłoby jak stąd do w cholerę daleko i z powrotem, bo echo niesie. Cofam swoje szczere chęci! Skąd na tym zadupiu normalny człowiek?!
I dwa - nieobecny wzrok w mojej miejscowości wiąże się wyłącznie z podsklepowym towarzystwem. Wystarczy, że wszyscy mi mówią - wyglądasz, jakbyś była pijana. Nie chcę drugiego takiego na swoim dachu.
Wybacz potok niezrozumiałych słów, ale jest po drugiej - a jeszcze chwilę temu byłam pewna, że jeszcze poniedziałek... - i nie bardzo wiem, jak wyrazić zachwyt na głębią tego opowiadania. Ostatnio wszystko jest diabelnie głębokie i nie mogę się połapać. Może napisałabym coś, co jest w moim stylu, ale nie wiem nawet, gdzie wstawić swój znak rozpoznawalny, czyli ten wredny uśmiech (:>). Normalnie używam go częściej niż kropek, ale jakoś mi tu nie pasowało. Jak można czytać z uśmiechem ten tekst? Pomijając koniec, który jest niesprawiedliwy. Napawdę liczyłam na to, że ją zepchnie. Ewentualnie skoczy i pociągnie za sobą. Ewentualnie ptak narobi mu na głowę i spadnie tuż po swoim wyznaniu. Taka sobie ironia losu. :>
Bardzo podoba mi się sposób, w jaki piszesz. Bezpośredni w stosunku do czytelnika, ale zupełnie nieoczywisty, jeśli chodzi o przekaz. "Poza tym, Dotykając nieba" ma strasznie romantyczny wydźwięk.
I pięknie jest. :>
Napisałabym jeszcze o jakiś życiowych prawdach, ale laptop krzyczy, że pozostało mi 6 minut. Odmeldowuję się!
Świetne
OdpowiedzUsuń