Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 kwietnia 2016

Wiatyk comiesięczny cz.4

   Mam wrażenie, że przesadziłam. Chciałam wytłumaczyć jak najwięcej, ale i tak jest sporo rzeczy, o których jedynie napomknęłam. Czy to jest wystarczająco zrozumiałe?

Wiatyk comiesięczny cz.4

   Dzień dobry. Dzień dobry.
   Zdjęcie. Jeszcze raz.
   Czapka.
   Bo lubię.
   Pstryk. Flesz. Już.
   Otwieram oczy.
   Szum. Światła. Rumor, jazgot... Nie. Jest zbyt cicho. To cisza dźwięczy mi w uszach. To czyjś śmiech. Czemu słyszę śmiech dziecka? Dziecko?
   Oczy. Tak otworzyłem oczy. Czas patrzeć. Ale widziałem tylko błękit. To niebo. Szare obłoki leniwie sunęły po blado-niebieskim niebie. Twardo pod plecami. Leżałem na ziemi. Nic więcej nie mogłem zrobić. Może nawet chciałbym się poruszyć. Ale przecież wiedziałem, że coś było nie tak. Coś wyrwało mnie z kontekstu, przeteleprtowało w inne miejsce. Tu pachniało inaczej, niż w moim mieście. Niebo wyglądało na mniej szare. Było głośniej głośniej. Głośniej i ciszej jednocześnie. Rozumiałem, że powinienem wstać i się rozejrzeć. Powoli, powolutku. Wszystko zatarte, jakbym bardzo dawno nie chodził. Jakby bardzo dawno mnie nie było. Tak. Jakbym przez długi czas nie istniał i obudził się tu.
   Nie miałem czapki. Mojej czapki z puszkiem i pomponem.
   Podniosłem się z chodnika. Stanąłem na nogi. Zobaczyłem znajomy drapacz chmur. Obok stał inny, wyższy. Tego drugiego nie znałem. Ale za to ulica skręcała dokładnie tak, jak powinna. Tylko samochody wyglądały jakoś dziwniej. Jakby jeździły szybciej. Nie mogłem przyjrzeć się żadnemu z nich. Przemykały mi przed oczami. Nie miały kół. Widziałem kiedyś taki. Ale nigdy żeby tyle tego po drodze jeździło. Dziwne. Wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Mimo to wiedziałem, gdzie byłem. Obróciłem się, by spojrzeć na budynek za mną. Miał zielony kolor. I napis nad wejściem był hologramem. Różowym, dość prostą, ale nie znaną mi czcionką. Głosił to, co zawsze. Przecież wszedłem do tego budynku dosłownie kilka minut temu. Po prostu nie pamiętałem, żebym wychodził. Może zemdlałem, albo coś.
   Nie rozumiałem co się stało z miastem. Wyglądało inaczej. Dziwnie.
   -He-ej! - Drgnąłem słysząc czyjś krzyk. Poczułem coś na ramieniu. Odwróciłem się.
   Stała za mną uśmiechnięta kobieta. Wyglądała znajomo. Miała krótkie blond włosy i kilka drobnych zmarszczek na twarzy. I całkiem ładną sukienkę. I wzięła mnie za rękę i kazała iść do teleportu. Budka również była w innym kolorze.Ona też miała holograficzny napis. Wyglądało to dość jaskrawo i nienaturalnie, ale szło się przyzwyczaić.
   Kobieta wybrała lokację, mrucząc coś do siebie. A ja w końcu musiałem zebrać się na odwagę.
   -Przepraszam, ale czy my się znamy? - zapytałem, bo już na prawdę niczego nie byłem pewien. Takie nagłe zapominanie, to przecież choroba. Lepiej żebym poszedł do lekarza, niż dotrzymywał towarzystwa nieznanym osobom.
   Zaczęła się śmiać. Drzwi budki teleportacyjnej otworzyły się na wielką pustą halę, która natychmiast wypełniła się perlistym śmiechem. Kobieta wyszła na zewnątrz, ocierając łzy wierzchem dłoni.
   -Jesteś niemożliwy - powiedziała i pociągnęła mnie za sobą, wgłąb pustej hali.
Już po chwili siedzieliśmy na dwóch miękkich, szarych pufach i patrzyliśmy na siebie z wyczekiwaniem. Ja nie miałem jej nic do powiedzenia. Tak właściwie, to chciałem wykorzystać swój wolny dzień i miałem nadzieję, że nie będę musiał z nią zbyt długo siedzieć.
   -No więc tak - zaczęła, jakby zorientowała się  nagle, że od dwóch minut żadne z nas nie wymówiło ani słowa - to nie tak, że się znamy. - Zrobiła krótką pauzę. - Ale trochę tak jest.
   Patrzyłem na nią bez żadnego zrozumienia, a jedyne co zrobiłem to uniosłem znacząco brew.
   Kobieta wzięła głębszy wdech i zaczęła mówić.
   -To po pierwsze, to jestem twoją dziewczyną i to dość niestosowne, żebyś mnie nie poznawał. Nawet jeśli się trochę zestarzałam.
   -Przepraszam, ale...
   -Po drugie - nie dała mi zadać pytania - jesteś na prawdę strasznym pechowcem. Albo uparciuchem - dodała już trochę ciszej. - W każdym razie nie jesteś wstanie wytrzymać miesiąca bez pozbawienia się życia.
   -Czy mogłabyś...
   -Jaśniej, tak?
   Skinąłem głową.
   -Wiesz, to na prawdę długa historia. A ta rozmowa i tak zawsze kończy się kłótnią.
   -Mam alzheimera? - spytałem szybko, nim udało jej się znowu zacząć mówić.
   Uśmiechnęła się.
   -Nie, to zupełnie nie to. Jakby ci to tak delikatniej. No. Umarłeś. Już wiele razy. Robisz to w kółko i w kółko. - patrzyłem na nią z tępym wyrazem twarzy. Nie miałem pojęcia jaka reakcja mogłaby być stosowna w takiej sytuacji. - Za każdym razem na jakiś dzień, czy dwa przed swoim wiatykiem. Od zapisania twojego stanu minęło jakieś dwadzieścia lat. Dwadzieścia siedem. Hah, aż głupio przyznać, że jestem taka stara. Nawet mnie już nie poznajesz. - Uśmiechała się, gdy to mówiła. Ale jednocześnie robiła to z taką goryczą w głosie, jakby miała do mnie żal, że nie pamiętałem.
   -Czy nie powinni mnie poinformować o mojej śmierci? - dopytałem.
   -Och, nie. To podobno może stać się przyczyną depresji i czegoś jeszcze. Na pewno nie znasz nikogo, kto by wiedział, że był odtwarzany.
   -Nie znam zbyt wielu osób - odpowiedziałem.
   -Wypadki chodzą po ludziach.
   -To bezpieczny świat! - wypaliłem. Może trochę przesadziłem. Przygarbiłem się lekko. A ona patrzyła na mnie z lekkim zdziwieniem.
   -Przepraszam - mruknąłem.
   -Och, nie ma sprawy. Ale nie doszliśmy do najważniejszego. Niby zupełnie oczywiste, a nikt tego nie wie.
   -O czym?
   -Jak zrobią ci zdjęcie, nie? To wtedy mają twoje wspomnienia i możliwość odtworzenia twojego ciała w razie wypadku.
   Przytaknąłem.
   -No - powiedziała zadowolona. - To teraz wyobraź sobie, że jak za często robisz sobie takie zdjęcie, to umierasz. Puff! I cię nie ma.
   -Ale...
   -I teraz - znowu mi przerwała - wymyśli coś takiego, że jak ci zrobią zdjęcie, to cię zabiją i odtworzą z tego materiału co mają. Przed zrobieniem zdjęcia jeszcze nie byłeś skażony, więc wszystko gra. Jakby co, to mogą użyć tego materiału jeszcze raz.
   -Niemożliwe żeby robiono coś takiego. - Musiałem temu zaprzeczyć. Nawet jeśli trochę jej wierzyłem. - To niehumanitarne.
    -Ale przecież i tak zaraz cię wskrzeszą. Cóż. Przynajmniej prawo na to pozwala. - Wzruszyła ramionami. - Ja nie umierałam już dwadzieścia siedem lat. Za rok będzie dwadzieścia osiem.
   -Jak?
   -Niemoralnie. A jak?
   Westchnąłem i spojrzałem na sufit. Smutny szary, metalowy sufit. Szczerze mówiąc, to dobrze wszystko zrozumiałem. Byłem cholernym pechowcem. Albo uparciuchem - uśmiechnąłem się pod nosem. - Dobrze wiedziałem czemu to robiłem. Umierałem raz za razem. Zawsze odradzałem się w tym samym młodym ciele. Nie mogłem więc umrzeć ze starości. Popełniałem samobójstwo przed wiatykiem i otwierałem oczy, jako młodszy o miesiąc ja. tak w kółko i w kółko. Wystarczyło, że za każdym razem spotykałem się z dziewczyną, która wszystko mi mówiła. I pewnie zapisywałem sobie swoje rodzaje śmierci, żeby się nie skapnęli tak łatwo.
   -I co miesiąc mi to mówisz? - zapytałem rozbawiony.
   -Tak. - Mówiła całkiem poważnie. - Nawet raz wstąpiłeś do ruchu oporu przeciw zabijaniu ciał. To było dziwne wiedzieć, że jesteś w Mieście Odpadków i jednocześnie inny ty chodzi normalnie do pracy. Jak gdyby nigdy nic.
   -Gdzie? - Nie miałem pojęcia o czym mówiła. Nigdy nie słyszałem o Mieście Odpadków.
   -Nieważne - zbyła mnie. - Ale już się tobą mniej interesują. Chyba dali sobie spokój. Będziesz żył w nieskończoność, dopóki ci się nie znudzi.
   -Albo - powiedziałem cicho.
   -Hm?
   -Albo uznam, że świat po przebudzeniu jest dla mnie byt niezrozumiały. Wiesz, postęp.
   Skinęła głową. Nic więcej. Nie rozgadywała się. Chyba nawet ją polubiłem. Ten ja, który żył dopiero kilka godzin i który nosi wspomnienia, które pojawią się w następnym mnie i następnym, i tak w nieskończoność.
   -Chcesz mnie oprowadzić po nowym lepszym świecie? - spytałem. Trochę ironicznie. Trochę nie.
   -Jasne. - odpowiedziała i poszliśmy do teleportu. By zachwycić się obcym mi światem.

niedziela, 20 marca 2016

Nieistniejący chłopiec

"Nieistniejący chłopiec"
   Na samym skraju burzy stał chłopiec, który zdawał się nie dostrzegać szalejącego żywiołu. Stał. Jedynie stał. Nawet nie drgnął, nie mrugnął, jego włosy nie ruszały się pod wpływem wiatru. Przypominał bardziej pomnik, niż żywą osobę. Na gładkiej skórze nie było widać żadnych skaz. Piach latał wokoło omijając chłopca, nie dotykając go, ani nie osiadając na jego ciele, zabierając dziecku prawo do jakiejkolwiek realności. Piach przelatywał przez chłopca, nie zwracając uwagi na jego obecność. Koniec burzy piaskowej był równocześnie końcem świata.Nogi chłopca opierały się o ostatnie skały na ziemi. Dalej była przepaść. I nicość ciągnąca się w nieskończoność. On jednak patrzył się w tę dal z niezmiennym wyrazem twarzy. Jakby coś tam widział. Albo to coś miało zaraz się pojawić. Tam, poza końcem.
   Wiatr wciąż dmuchał. Nigdy w tym nie ustawał i nawet najstarsze gwiazdy nie widziały tego miejsca bez unoszących się tumanów kurzu i piachu. Chłopiec widział. Dawno, dawno temu. Jeszcze przed początkiem. Stał tam jeszcze nim zaistniało cokolwiek na czym można stać. Ale to mu nie przeszkadzało. On też nie istniał. Przynajmniej w części znaczeń tego sformułowania.
   Wiatr wiał dalej, ale chłopiec nie bał się. Nie bał się śmierci, czy unicestwienia. Nie bał się wiatru, piasku, ani gwiazd. Tak na prawdę, to wcale nie był odważnym chłopcem. Był za to bardzo silnym chłopcem i możliwe, że o tym wiedział. Możliwe, że mógłby wejść w otchłań i sprawdzić, czy coś tam jest. Ale wtedy nic by z niego nie zostało. Nawet cień. A przecież tym właśnie był. Tym, czego się nie bał. Cieniem, wiatrem, prochem, piachem, a po części dość niskim i krępym chłopcem. Jedyne czym nie był, to bytem. Ten właśnie nieistniejący dla otoczenia chłopiec patrzył w dal z nijakim wyrazem twarzy. Mógł o czymś myśleć. Mógł myśleć o czymś bardzo smutnym. Mógł również nie myśleć o niczym. 
   Wiatr zwolnił. Jedno ziarenko piasku odbiło się od twarzy chłopca. A on to poczuł. małe ukłucie w policzek.
   Mrugnął. Wtedy wiatr ustał. Wszystko się zatrzymało. Ułamek sekundy. Tumany kurzu zaczęły opadać. Świat powoli zostawał osłaniany. Upadający na ziemię piach przeleciał przed oczami chłopca. Nawet cień w oddali zaczął opadać. Czarna kurtyna odsłoniła coś. Jakby za końcem świata cokolwiek miało prawo do istnienia. A przecież to chłopiec był jedynym i ostatnim, który stał. Przez czerń przebijał się kształt. Czyjś wielki uśmiech. Tak straszne wielkie zęby. Chłopiec je znał.
   Chłopiec wykrzywił usta w podobnym uśmiechu. Parodiował je. Udawał. Pokazywał zęby. Nie wiedział, co znaczy ten gest.
   Po drugiej stronie bariery mama przytulała autystyczne dziecko.
   Na końcu świata znowu zaczął wiać wiatr.

piątek, 19 lutego 2016

Porcelanowi

    Przede mną stoją równe rzędy uśmiechniętych ludzi. W mundurach. Szarych, bez odznaczeń. Nie mają oczu, ani uszu. Spod włosów płynie krew. Właściwie już zasycha. Podchodzę do jednego z nich. Bez strachu. Przecież się uśmiecha. Nie mógłby mnie skrzywdzić. Łapie mnie. Za nadgarstek. Chce, abym go pocałowała. Mam wrażenie, że na mnie patrzy. Nie. Przecież nie ma oczu. Nie może widzieć mojego brudnego ciała, moich ran i kwi, która nie jest moja. Uśmiecham się. On mnie kocha. Jak cały ten tłum.
Przytulam go i zamykam oczy. W tle słyszę jednostajny krzyk.
    -Jesteś piękna - szepce do mojego ucha. Czule i delikatnie. Wielbi mnie z całych swoich sił. To cudowne.
    -Wiem - mruczę. Chcę się w tym pławić. Potrzebuję więcej. Jeden człowiek może się mylić. Ja chcę mieć pewność.
    -Czy jestem piękna? - pytam głośno, by każdy mógł usłyszeć.
    Moja armia krzyczy. mówią "Tak, pani" "oczywiście" "jesteś wspaniała" "pragniemy cię hołubić po wsze czasy" "taka wyjątkowa" "cudna" "piękna". Wszystko zlewa się w jeno. Jeden niekończący się szum. Zagłuszenia.
    -Nienawidzę cię.
    Obracam się, by zlokalizować źródło głosu. Gdy wyswobadzam się z objęć potwora, już nic nie słyszę.Wszyscy milczą. Ktoś złapał człowieka, który ośmielił się powiedzieć, że mnie nienawidzi. Człowieka, który odważył się nie założyć munduru. Człowieka, który wyglądał inaczej. On był człowiekiem, a nie marionetką.  Po jego czole nie skapywała krew. Nie miał pustych oczodołów. Możliwe, że istniał na prawdę. Ciągnięto go w moją stronę. Szeptano, aby się stosownie ubrał. Szarpano go. Lecz on zrzucił z siebie obce dłonie, wyprostował się i spokojnie do podszedł. Nie uśmiechał się. Jego usta były jedną cienką kreską.
    -Nienawidzę cie - powtórzył. - Tak samo, jak oni wszyscy. - Dopiero wtedy się uśmiechnął. W jego oku pojawił się Ten błysk, a ja poczułam na sobie wzrok.
    Oni wszyscy. Patrzyli na mnie. Jak? Teraz to ja nic nie widziałam. Poczułam ból. Ktoś uderzył mnie w głowę. Upadłam na kolana, przyłożyłam sobie dłoń do rany. Czułam coś lepkiego i ciepłego. Krew. Nie krzyknęłam, gdy na mojej szyi pojawił się sznur. Coraz ciaśniej, coraz ciaśniej, zaraz stracę oddech.
   Już go nie miałam. Straciłam oparcie. Ziemia ode mnie odskoczyła. Urwałam w połowie myśli. Boli. Muszę. Wziąć. Wdech. Wdech! Chciało mi się płakać, ale nie mogłam. Wszystkie mięśnie od szyi w górę były naprężone. Jeden. Jedyny. Wdech. Straszne.
Światło. Zobaczyłam światło. Jak? Już miałam oczy.

Jednak porcelanowi żołnierze, to był zły pomysł.

sobota, 30 stycznia 2016

Wiatyk comiesięczny cz.3

   Może i główny bohater nie ma imienia, ale... To nie ten sam główny bohater. Jak na razie w każdej części był ktoś inny. Tak jakby.
   A jak dorwę komputer w czasie ferii, to jeszcze coś dodam. Jeśli nie, to następny wpis pojawi się dopiero za dwa tygodnie.
Wiatyk comiesięczny cz.3
   Specjalnie na ten dzień założyłem czerwoną czapkę z białym puszkiem i pomponem. Kobieta uśmiechnęła się do mnie, wyciągając komórkę w moją stronę. Podniosłem się minimalnie z krzesła i przyjrzałem uważnie.
   -W porządku - powiedziałem i wstałem. Wiedziałem, że za drzwiami powinny być dwie osoby w kolejce i nie chciałem, by musiały zbyt długo czekać.
   -Przepraszam, że pytam. - Głos kobiety zatrzymał mnie w pół kroku. Obróciłem się w jej stronę. - Ale dlaczego chciałeś, żeby było widać całą twarz? Do otworzenia kopii wystarczy...
   -Tylko zdjęcie oczu - dokończyłem za nią. - Tak, wiem. Ale wie pani, tak nie byłoby widać mojego uśmiechu. A gdyby miało mi się coś stać, wolałbym odrodzić się z uśmiechem na ustach.
    Kobieta spojrzała na mnie zdziwiona. Musiała spodziewać się innej odpowiedzi.
   -Ach. - Tylko tyle powiedziała. Spojrzała na nie badającym wzrokiem. Przecież nie byłem, aż takim dziwakiem. Przecież nikt nie zabraniał uśmiechać się w miejscach publicznych. Nawet, gdy przychodziło się na comiesięczny wiatyk. Miałem w końcu czapkę świętego Mikołaja i szedłem do swojej dziewczyny i mogłem osiągnąć absolutnie wszystko w ten jeden wolny dzień miesiąca, który akurat wypadał w boże narodzenie. Zeszły wolniak był dawnym świętem pluszowego misia, a jeszcze wcześniejszy, makaronu. Boże narodzenie było na tyle duże, że ciągle były rodziny, które je obchodziły. Nie moja co prawda, ale jednak. Złapałem za klamkę.
   -Poczekaj chwilkę - zatrzymała mnie. Odwróciłem się do kobiety siedzącej za biurkiem. Wyciągała aparat w moją stronę. - Ta czapka zasłoniła ci część prawego oka. Mógłbyś ją zdjąć?
   -Jasne - złapałem za czapkę i ściągnąłem ją z głowy.
   Oślepił mnie flesz. Zamrugałem, by znowu dobrze widzieć. Pani uśmiechnęła się do mnie zza lady. Chyba fotografia wreszcie wyszła dobrze. Założyłem ponownie czapkę i pomyślałem, że to trochę szkoda, że nie mam w niej zdjęcia. Ale i tak miałem zamiar w niej chodzić do końca tego dnia. Wyglądała uroczo. Rzuciłem szybko "do widzenia" do tamtej kobiety i szybko wyszedłem z pokoju. Na korytarzu czekały już trzy osoby. Powinienem był się bardziej streszczać. Trwało to tyle tylko przez moją czapkę. I to, że uśmiecham się do zdjęć. Sam utrudniam sobie życie.
   Wyszedłem z budynku. Ktoś już na mnie czekał. Dziewczyna uśmiechała się i machała do mnie ręką. Stała przy budce teleportacyjnej. Już nie mogłem się doczekać reszty tego dnia. Przyspieszyłem kroku. I uniosłem rękę w geście powitania.
   -Cześć! - powiedziałem nie kryjąc swojego uśmiechu. Tak dawno się nie widzieliśmy. Przytuliłem ją do siebie. Nie odsunęła się. Stała przez chwilę bez ruchu, a potem odwzajemniła uścisk. Jakiś człowiek wyszedł z budki i zręcznie nas ominął. Pewnie sam chciał się potem z kimś spotkać. Delikatnie puściłem dziewczynę. Patrzyła na mnie z uśmiechem.
   -Idziemy? - zapytała.
   Skinąłem głową.
   Weszliśmy do budki teleportacyjnej. W środku było ciemno, jedynym dobrze oświetlonym punktem był panel. Przejechałem po nim palcem i ukazało się pole do wpisania adresu, na który chcemy się przenieść. Chciałem nacisnąć na wybieranie głosowe, ale moja dziewczyna kazała mi zamknąć oczy, po czym wszystko wpisała ręcznie. Trwało to dłużej, niż gdyby mówiła. Przestępowałem z nogi na nogę. Miałem ochotę odrobinkę podejrzeć, dokąd chce nas wysłać, ale jakoś się powstrzymywałem.
   -Już? - spytałem, ale odpowiedziała mi cisza.
   Coś złapało mnie za kark. Coś chłodnego. Coś silnego.
   -Ach! - krzyknąłem i szybko się odwróciłem otwierając oczy.
   Stałem na ugiętych nogach i z rękami przed sobą, zasłaniającymi twarz. Pozycja obronna. Gdy zobaczyłem, kto przede mną stoi. I śmieje się ze mnie.
   -Ej, przestraszyłaś mnie! - powiedziałem oburzony i uśmiechnąłem się. - Następnym razem, to ja cię zaskoczę, zobaczysz. - Chciałem dodać coś jeszcze, ale nagle coś mnie oślepiło. Drzwi od budki rozsunęły się z cichym sykiem. Mogliśmy wyjść na zewnątrz. Zrobiliśmy to. Powoli. Byliśmy w jakimś wielkim pustym hangarze. Nie wiedziałem czemu paliło się tyle lamp, skoro nikogo nie było w środku. W sumie, to teraz byliśmy my. Pewnie nikt nie dzielił hangaru na sektory i albo wszytko było jasne, albo pogrążone w całkowitej ciemności.
   -On by się nie wystraszył - wypaliła.
   Spojrzałem na dziewczynę. Zdecydowanie nie była wesoła. Miałem wrażenie, że wcześniej tylko udawała, że cieszy się na mój widok. Patrzyła w pustkę z zamyśleniem.
   -Wszystko w porządku? - spytałem. Zrobiłem to odruchowo. Oczywiście wiedziałem, że nic nie jest w porządku, że wszystko jest źle. Tylko nie miałem pojęcia dlaczego. - Co się stało?
   Spojrzała mi w oczy. Wyglądała inaczej. Inaczej, niż w swojej legitymacji. Bez uśmiechu. Miałem wrażenie, jakby była bardzo daleko, jakbym wcale jej nie znał. Nagle stała się dla mnie obca.  Ale przecież jeszcze kilka dni temu, gdy spotykaliśmy się na te pięć minut dobrze wiedziałem, jak mogę się przy niej zachować. A teraz jej zimny wzrok przeszywał mnie. Wzięła wdech.
   - Kurwa. - Przymknęła oczy. Chciała powstrzymać łzy. Ręce jej drżały. - Nie jesteś nim.  Myślisz, że mnie znasz? Widzę cię pierwszy raz w życiu. Ty mnie też. - Miała zaszklone oczy.
   - Czekaj...
   - Zamknij się.
   Zamilkłem. Patrzyłem na nią w ciszy. Wcale nie była wściekła. Nie tylko. Złapała mnie. Przytuliła się do mnie.
  - Nie żyje. Kurwa. Nie żyje - powtarzała pod nosem. Objąłem ją i czekałem, aż się uspokoi. Płakała. - Nie ma go. Nie ma. To nie on. - szeptała cicho. W pewnym momencie już nic nie słyszałem. Tylko jej ciche pochlipywanie. Już nie trzymała mnie tak mocno. Pozwoliłem jej wyswobodzić się ze swojego uścisku. Odwróciła wzrok. I stała obok mnie. Z przekrwionymi oczami. Z zaschniętymi łzami na policzkach. I z rozczochranymi włosami.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Wiatyk comiesięczny cz.2

   Pierwszy post w 2016 roku. Mogłabym z tej okazji napisać coś odkrywczego. Ale nie.

"Wiatyk comiesięczny" cz.2
   To bolało jedynie trochę. Upadałem na beton. Już pewien czas temu nauczyłem się upadać. Teraz nie stanowiło to dla mnie problemu, kolana automatycznie się uginały, odpowiednie części ciała przyjmowały odpowiednią siłę. Wszystko było w porządku. Nie gonili mnie. Podniosłem się. Nawet nie próbowałem strzepywać brudu ze swoich spodni. Właściwie to nóg. Prawie nie miałem na sobie ubrania. Wszystko pozdzierane. Tylko czerwona czapka z puszkiem i pomponem zupełnie nienaruszona trzymała się na mojej głowie. To już prawie trzy lata.
   Ruszyłem biegiem. Wśród cieni. Między najgorszymi ulicami. Przez najciemniejsze zakamarki. Nie czułem się w nich bezpiecznie. Nie miałem prawa. Nawet jeśli policja nie interesowała się tym miastem, to jego mieszkańcy stanowili nawet większe zagrożenie. Dobra, nie ma nic gorszego niż kara śmierci. Ale oni mogli wymierzyć ją w bardziej bolesny sposób. Tak mi się wydaje. W każdym bądź razie biegłem. I bałem się. Tak jak zawsze.
    Tak jak zawsze miałem kogoś, do kogo biegłem. To już  prawie trzy lata. Żyję z nią już prawie trzy lata. Żyję już prawie trzy lata. Może pobiłem jakiś rekord. Raczej nie. Mnóstwo ludzi żyło dłużej niż ja. Nawet po kilkadziesiąt lat. Skręciłem. To straszne ile czasu można spędzić żyjąc. Nie robiąc przerw. Zacząłem sapać. Biegłem dalej, ale już nie tak szybko. Trafiłem w tereny, które lepiej znałem. I mam pewność, że nikt mnie nie goni. Nic mnie nie goni. Od pewnego czasu miałem wyrobiony instynkt i zdarzało mi się go słuchać. Właściwie, to cały czas na nim polegałem. Tyle że on był bardzo zawodny. Ona, ta Ona, która mnie uratowała, powtarzała, że to bardzo przydatne. Ufać intuicji. Jak do tej pory to głównie wpadałem przez to w kłopoty.
   Już nie biegłem. Już byłem blisko. Wielkie opuszczone budynki. Dawna stolica małego państwa. Bardzo dawna. Oddychałem ciężko. Nikt nie wiedział o jej istnieniu. Wystarczyło, że tamta osoba wiedziała. Tamta osoba, która mnie uratowała. Osoba, która pozwoliła mi żyć. W ten sposób, ale jednak żyć. Żyć dłużej niż przeklęty miesiąc. Jeden przeklęty miesiąc. W tym okresie nie da się nabrać doświadczenia, nie da się czegoś nauczyć, ani odnaleźć własnego ja. Ale wystarczyło, że ta osoba mrugnęła. Jedno mrugnięcie. Kocham ją i jej jedno mrugnięcie. I to, że mnie uratowała. Że zrobiła mi samobójstwo.
   Usłyszałem ryk. Skręciłem w swoją uliczkę, stamtąd dochodził dźwięk. Tam też stał potwór. Dawno nie widziałem potwora. Był wielki i włochaty. Zielony z czarnymi, niebieskimi i żółtymi plamkami.  Rozwierał swoją szeroką paszczę ukazując szereg drobnych ząbków. Skierował swoje ślepia na okno jednego z budynków. Pochylił się. Wyciągnął jedną ze swoich stalowych, sztywnych, ostrych macek. Wbił ją. Usłyszałem krzyk. Nie miałem przy sobie żadnej broni. Nie mogłem podejść do potwora. Wycofałem się. Nie chciałem, by mnie zauważył. Otworzyłem pierwsze drzwi i wbiegłem do środka budynku. Gdzieś tam powinien być ranny. Słyszałem coś. Tłuczone szkło. Ściany dookoła pokrywało coś podobnego do rdzy. Śmierdziało niemiłosiernie. Znowu krzyk. Wzdrygnąłem się. Wdech. Musiałem go zaleźć. Tego obcego człowieka. Był gdzieś niedaleko. Na pewno.
    Przeskoczyłem nad dziurą w podłodze. Minąłem wejście do pustego pokoju. W kolejnym ktoś był. Ledwo. Cały drżał, siedząc na podłodze i trzymając się z brzuch. Spomiędzy jego palców wyciekała krew. Próbował coś, cokolwiek powiedzieć. Ale nie mógł nawet wziąć wdechu. Nie widziałem, żeby płakał.
    -Ty... - Jego usta otworzyły się. Utrzymywał się samą siłą woli. - U... Kha... Csie... Khaj...
   Dopiero w tym momencie to zobaczyłem. Gdy uniósł głowę. Nie płakał, to prawda. Nie mógł. Jego oczy były już całe czarne. Dookoła nich rosło coś. Na jego twarzy. Na całej twarzy. Zielone, małe włoski. Jego rana już się goiła. Zasklepiana przez narośl. Oczywiście nie wolno mi było uciec.
   Wybiegłem z pomieszczenia. Coś, cokolwiek. Rozglądałem się w panice. Obcy zapewne już się podnosił. I chciał mnie znaleźć. Złapałem za solidnie wyglądającą rurę. Szarpnąłem. Pozostała w miejscu. Zacisnąłem na niej swoje ręce jeszcze mocniej, niż przed chwilą. Znowu pociągnąłem. I nic. Słyszałem jedynie to coś, co teraz chciało się na mnie rzucić. Nienawidziłem tego.
    Nóż, jeden nieszczęsny nóż. Tylko o tyle błagałem. Ciężko powiedzieć kogo. Może Wielki Los. Może kogoś innego. Wpadłem do jakiegoś pomieszczenia. Już nie wiedziałem, gdzie jestem. Chciałem się tylko wydostać. Ale miałem obowiązek zabić tamto coś.  Zgniły człowiek. Tak Ona ich nazywała. Ale źle się czułem z myślą, że trzeba zabijać ludzi. Dla mnie pozostawali potworami. Żerującymi na... korzystającymi z ciał martwych już ludzi. Z ciał trupów.
    Poczułem smród. Charakterystyczny. Nóż. Gdzie nóż. Broń. Jakakolwiek broń. Kafelek od podłogi. Nic więcej tu nie było. I odłamki szkła. I stara szafa. Bardzo stara. Kawałek ramy okna był ostry na jednym końcu. Nie wiedziałem, czy można walczyć z potworem za pomocą kija. Raczej nie. Ale to coś stało już za mną. Odwróciłem się.
   Macka przebiła moje oczy. Nic już nie widziałem. Bolało. Jak piekielnie bolało. Wrzeszczałem.
   Macka przebiła mój brzuch. Bolało.
   Czerń wszędzie. Ból. I wyczuwalne ciepło gdzieś poza mną. Już mnie nie bolało. Nie aż tak. A ciepło było bardzo daleko. W budynku obok. Ona. Czekała na mnie. Powinienem do niej iść. Instynkt mi tak mówił. Nie ruszałem się. Powoli przestawałem czuć powierzchnię pod moimi stopami. Nic nie czułem. Tylko to małe drobne ciepełko. Coś wysuwało się z mojego ciała. Podniosłem się. To nie tak, że nie wiedziałem. Bo wiedziałem. Zgniłem. Stałem się potworem. Jak część porzucanych tu ludzi, zabitych w moim kraju, zabijanych co miesiąc. Ale Ona miała ciepło. Potrzebowałem go. Mogłem je dostać. Musiałem je dostać. To mogła być każda inna osoba. Moje nogi szły same. Wiedziałem, że idę, ale wyglądało to inaczej niż kiedykolwiek. Nie czułem wiatru na twarzy, betonu pod stopami, ani mojej czapki z pomponem i puszkiem na głowie. Nie widziałem drogi. Ani niczego. Istniało tylko małe ciepełko. Większe, większe...
   Skręcałem. Wiedziałem gdzie są ściany. Słyszałem ich ciepło, czułem je. Ale ono nie zaspokoiłoby mnie. Było wątłe. Potrzebowałem tamtego. Promyczek. Blisko. Czułem go. On też mnie czuł.
    Musiałem zdobyć to ciepełko. Ciepełko uciekało. Goniłem je. Nie wiedziałem, czy to Ona, czy ktoś inny. Nawet, gdyby to była Ona, zjadłbym ją. Musiałem. Nie przeżyłbym bez tego. A stała tak blisko. Gorąco buchało od niej. Moja macka wystrzeliła w jej stronę. Chciałem, by mi na to pozwoliła. Płomyk uciekł. Źle. Ale mogłem próbować dalej. Spróbowałem.
   Ciepełko uciekało. Musiałem je gonić. Goniłem. Biegłem.
   Upadłem.

niedziela, 13 grudnia 2015

Wiatyk comiesięczny cz.1

   Prawdopodobnie napiszę drugą część. Nie jestem pewna, czy ta historia jest zrozumiała. Czasem korzystam ze skojarzeń, które mam tylko ja i potem dziwię się, że nikt nie wie, o co chodzi. A chciałabym, aby moje opowiadania nie były zbyt zagmatwane. Mówiąc szczerze, ciekawi mnie, jak odbierzecie tę historię. I już z czystej ciekawości: wiecie, co oznacza słowo wiatyk?

"Wiatyk comiesięczny cz.1"
    Specjalnie na ten dzień założyłem czerwoną czapkę z białym puszkiem i pomponem. W oczy błysnął mi flesz. Na chwilkę mnie oślepił. Mimo moich starań znowu mrugnąłem, ale miałem nadzieję, że tym razem fotografia wyszła dobrze. Kobieta uśmiechnęła się do mnie, wyciągając komórkę w moją stronę. Podniosłem się minimalnie z krzesła i przyjrzałem uważnie.
   -W porządku - powiedziałem i wstałem. Wiedziałem, że za drzwiami powinny być dwie osoby w kolejce i nie chciałem, by musiały zbyt długo czekać.
   -Przepraszam, że pytam. - Głos kobiety zatrzymał mnie w pół kroku. Obróciłem się w jej stronę. - Ale dlaczego chciałeś, żeby było widać całą twarz? Do otworzenia kopii wystarczy...
   -Tylko zdjęcie oczu - dokończyłem za nią. - Tak, wiem. Ale wie pani, tak nie byłoby widać mojego uśmiechu. A gdyby miało mi się coś stać, wolałbym odrodzić się z uśmiechem na ustach.
    Kobieta spojrzała na mnie zdziwiona. Musiała spodziewać się innej odpowiedzi. Nawet wiedziałem jakiej. Ciągle istniały osoby, które twierdziły, że na zdjęciach nie ma duszy, albo że bez fotografii ich ciała nie zostaną dobrze odtworzone.
   -Ach. - Tylko tyle powiedziała. Spojrzała na nie badającym wzrokiem. Przecież nie byłem, aż takim dziwakiem. przecież nikt nie zabraniał uśmiechać się w miejscach publicznych. Nawet, gdy przychodziło się na comiesięczny wiatyk. Miałem w końcu czapkę świętego Mikołaja i szedłem do swojej dziewczyny i mogłem osiągnąć absolutnie wszystko w ten jeden wolny dzień miesiąca, który akurat wypadał w boże narodzenie. Zeszły wolniak był dawnym świętem pluszowego misia, a jeszcze wcześniejszy, makaronu. Boże narodzenie było na tyle duże, że ciągle były rodziny, które je obchodziły. Nie moja co prawda, ale jednak. Złapałem za klamkę.
   -Poczekaj chwilkę - zatrzymała mnie. Odwróciłem się do kobiety siedzącej za biurkiem. Wyciągała aparat w moją stronę. - Ta czapka zasłoniła ci część prawego oka. Mógłbyś ją zdjąć?
   -Jasne - złapałem za czapkę i ściągnąłem ją z głowy.
   Oślepił mnie flesz.


   Poczułem ból. Najpierw w głowie. Potem wszędzie. Ból i czerń. Otworzyłem oczy. Zobaczyłem biel. Niczym ściany. To akurat sufit, ale byłem blisko. Chciałem przyłożyć dłoń do czoła. Gdy ruszyłem ręką, napotkałem opór. Szarpnąłem mocniej. Spojrzałem w dół. Metalowa obroża trzymała mój nadgarstek. Próbowałem opanować ból głowy. Skupić się na choćby chwilę. Gdy unosiłem głowę poczułem coś na szyi. Zimne, twarde coś. Zamarłem na chwilę. Ruszyłem nogami. Też były skute. Nie miałem odwagi krzyczeć. Kto...? Co...? A przede wszystkim jak? Takie porwania były fizycznie niemożliwe. A gdyby zabrano mnie legalnie, to miałbym możliwość pożegnania się z rodziną. Tak głosiły prawa ludzi. Oparłem głowę o poduszkę. Znowu poczułem ból. Zmrużyłem oczy. Nie tak miało być.
   Usłyszałem kroki i cichy szmer jakiejś elektroniki. Mężczyzna, który do mnie przyszedł usiadł na fotelu obok mojego łóżka, które to zaczęło się obracać, podnosić i przyjmować kształt fotela. Oczywiście nie wypuszczono mnie z żelaznego uścisku. Milczałem. Na nic innego nie mogłem się zdobyć. Nawet mój wzrok nie był szczególnie mściwy. Miałem nadzieję, że też nie wystraszony.
   Poczułem ukłucie. Nim spojrzałem na swoją rękę strzykawka już się z niej wysuwała. Chciałem coś powiedzieć. Najlepiej zgryźliwego. Jakąś ciętą ripostę. Nic nie przychodziło mi na myśl. Dobre by było zabranie swojej ręki, ale nie miałem takich możliwości. Zostało mi tylko patrzeć, co ten człowiek ze mną robi. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie. Wyglądał na wyjątkowo spokojnego. Ale trochę się bał. Ręce trzymał założone na piersiach. Pozycja zamknięta. To, że pochylał się  moim kierunku nic nie zmieniało. Nie chciał siedzieć obok mnie. Nie chciał być tak blisko.
    -Powiedz mi - zaczął. - Myślałeś kiedyś o samobójstwie?
   Milczałem. Nie wiedziałem, co innego mógłbym zrobić. Tylko spuściłem wzrok. Nie mogłem patrzeć mu w oczy. Nie wiedziałem, czy powinienem odpowiedzieć. Nie wiedziałem z kim rozmawiałem i czego on ode mnie chciał. Musiałem wytrzymać. Tak mi się wydawało. Tyle, że on mówił tak spokojnie, jakby wcale nie chciał zrobić mi niczego złego. Gdybym tylko mógł w to uwierzyć.
    -Proszę - ciągnął dalej. - Nie cofniemy cię już bardziej. Mówiłeś, że było ci dobrze, prawda? - Zrobił krótką pauzę. - Jesteś szczęśliwy? - Spojrzał na metalowe obręcze, trzymające moje nadgarstki. - To znaczy, tak na co dzień - poprawił się. - Jesteś szczęśliwy tak?
   Przełknąłem ślinę. Ból głowy ustąpił. Nie chciałem nic mówić. Nie chciałem.
   -Tak. - Poznałem swój głos. Myślałem, że będę brzmiał jakoś inaczej, może ciszej, może bardziej gardłowo. Tak się nie stało. Wydałem się sobie, aż zbyt normalny. Mężczyzna siedzący naprzeciw delikatnie się uśmiechnął.
   - Widzisz, życie jest piękne. Mimo małych niepowodzeń, twoje życie też jest piękne. - Skinąłem głową. Nie chciałem odpowiadać. Źle się czułem z faktem, że dałem się wciągnąć w rozmowę z nim. Nie powinienem był reagować. Ale on już nabrał pewności siebie. - Powiedz mi jeszcze, jak byś wyobrażał sobie siebie za kilka lat?
   -Nie wiem - odpowiedziałem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Zawsze wydawało mi się, że nic się nie zmieni.
   -To może... - zastanowił się przez chwilę. Wyciągnął rękę w moją stronę, złapał mnie za brodę i zmusił, bym na niego spojrzał. - Czy chciałbyś żyć tak, jak żyłeś do tej pory? - Nachalnie patrzył mi w oczy. Poczułem ucisk w sercu. On oczekiwał ode mnie jakiejś konkretnej odpowiedzi, a  ja nie wiedziałem jakiej. Zostało mi jedynie mówić prawdę. Tej prawdy bałem się najbardziej. Jej konsekwencji.
   - T-tak. Raczej tak. - Przeszywał mnie wzrokiem. Już się mnie nie bał. Teraz miał nade mną również psychiczną przewagę. - To znaczy, ja... - Powinienem przestać, ale nie mogłem. Sam już nie wiedziałem, co chcę powiedzieć. - Myślę, że było mi dobrze. Nie narzekam raczej. Ja...
   -Spokojnie - powiedział puszczając mnie. Znowu wbiłem wzrok w podłogę. - Jak myślisz, przemoc to dobre rozwiązanie?
   -Nie. - Zbyt szybko. Powiedziałem to nagle. Bez przemyślenia. Tylko że jego pytanie brzmiało, jakby chciał wiedzieć, czy chcę, aby użył przemocy. W stosunku do mnie. Oczywiście, że nie chciałem. - Przemoc jest zła - dodałem już spokojniej. Nie zabrzmiało to tak, jakbym chciał.
   -Dobrze.
   Poczułem ukłucie. Została tylko czerń. Nie zdążyłem spojrzeć na swoją rękę.


   Otworzyłem oczy. Przede mną siedziała kobieta. W ręce trzymała komórkę. Wyglądała podobnie do tej, z którą rozmawiałem w takim samym pokoju, prawdopodobnie dość niedawno. Nie wiedziałem, jak długo byłem nieprzytomny. Tamta była trochę młodsza, ta miała tylko trochę więcej zmarszczek. Może siostra. Uśmiechała się do mnie.
    -Wspomnienia można wykasować jedynie za zgodą posiadacza. - Chyba zobaczyła, że nie zrozumiałem, bo od razu dodała - To jedno z praw powszechnych. Jeśli chcesz iść na kasowanie, to jest w pokoju trzysta siedem.
    -Umm... Tak. - Zgubiłem się. Nie wiedziałem już co się dzieje. Skinąłem głową. Nie miałem nic do dodania, a kobieta wyraźnie chciała, żebym wyszedł. Podniosłem się z krzesła i zabrałem swoją kurtkę. Nie poprosiła mnie o drugie zdjęcie. A czułem, że mam na sobie czapkę. Czerwoną, z puszkiem i pomponem. Nawiązującą do dawnych obyczajów. - Do widzenia.
   Zamknąłem za sobą drzwi. Numer osiemset czternaście. Dokładnie do tego pokoju wchodziłem. Mogłem już z niego wyjść. Co było pomiędzy? Powinienem o tym zapomnieć? Przecież to mi zasugerowano. Czyszczenie pamięci. Osoba z kolejki weszła na wiatyk. Minęła mnie. Dziwnie. Nikogo poza nią nie było w kolejce. Powinny być dwie osoby. Albo więcej zważając na to, jak długo byłem w środku. Jak długo tam byłem? Nie miałem pojęcia. Ale pamiętałem.
   Zatrzymałem się w holu. Wejście do budynku wyglądało inaczej. Ławki stały w inny sposób. Uznałem, że przemyślę to czyszczenie pamięci. Byłoby wygodniej. A to najwyraźniej była jakaś rządowa interwencja. Na pytania odpowiedziałem poprawnie, więc wszystko było w porządku. Usiadłem na ławce i zerknąłem na tablet wbudowany w podłokietnik. Ukazywał godzinę ósmą trzydzieści dwie. Co znaczyło, że byłem tam tylko dziesięć minut. Odblokowałem ekran. Otworzyłem wiadomości. Data też się zgadzała. 12 maj 167rpt. Spojrzałem na nią jeszcze raz. Na rok. Nie było mnie trzy lata.

niedziela, 15 listopada 2015

Odgłosy z korytarza

   Nie jestem z tego jakoś szczególnie zadowolona.  Ale od dłuższego czasu nie mogę napisać żadnego opowiadania (taki kryzys twórczy) a samych wierszy w kółko dodawać nie będę. Bo to tak mało tekstu, jak na cotygodniową dawkę Sennika Mysz. A jeśli macie dla mnie jakieś pisarskie wyzwania, to piszcie w komentarzach. Może to wy mnie zainspirujecie.

 "Odgłosy z korytarza."
   -Czekaj. T-to nie tak. - Czyjś przestraszony głos odbijał się o betonowe ściany, gdzieś głęboko pod ziemią. - Chwilę... Proszę. - Załamywał się. Zmieniał ton i barwę. -Tylko chwilę. Błagam. Muszę z nim porozmawiać. - Niewątpliwie należał do szaleńca. - Błagam! Błagam, błagam, błagam, błagam. To tylko... Tylko!
   Coś zgrzytało. Coś terkotało. Równomierny trzask. Metal ocierał się o metal. Głos był coraz bardziej desperacki. Przerażony!
   -Nie! Czekajcie! Przepraszam! Naprawdę przepraszam! Przeprasza...
   Nagle umilkł. Tak samo, jak towarzyszący mu hałas. Jasne, puste korytarze znów wypełniała przyjemna cisza. Przynajmniej przez chwilę dało się dosłyszeć, jak jakiś człowiek dwieście metrów od okropnego zdarzenia siorbał swoją herbatę i wzdychał. Absolutnie spokojny i nieczuły. Wziął głęboki wdech i znów pił. Jednak delikatna cisza się skończyła. Na twarzy zrelaksowanego mężczyzny pojawił się nieprzyjemny grymas. Skrzywił się, nie chcąc słuchać tamtego mazgaja. Jednak to nie płaczek się odezwał. Głos brzmiał dużo spokojniej i bardziej dojrzale.
   -Proszę bardzo. - Gdyby ktoś się mocniej skupił, zwróciłby uwagę na cichy szmer papieru. Jednak nikt tego nie zrobił. Nikt również nie przejmował się cichym pojękiwaniem. Odezwał się pierwszy głos. Tym razem ciszej.
   -Ja... Na prawdę tego nie zrobiłem. - Chwila ciszy. - Przepraszam.
   Człowiek, który właśnie dopił herbatę wstał od stołu i podszedł do zlewu. Szum wody zagłuszał odległą rozmowę. Po chwili szklanka była już czysta, a mężczyzna zaczął pieczołowicie wycierać ją niebieską szmatką.
   -Rozumiem. - Znowu tamte głosy. Mężczyzna uznał, że wreszcie jego znajomi z pracy doszli do porozumienia z tamtym chuderlakiem, który wcześniej mignął mu gdzieś w korytarzu. Na szczęście rozmowa była już na tyle cicha, że dało się ją ignorować. -Ale nie mogę tego zrobić. - To zdanie. Wybiło mężczyznę z rytmu. Z resztą nie tylko jego. Chyba wszystkich, którzy to usłyszeli. To niemożliwe! Niedopuszczalne!
   -Nie rozumiesz w jakim położeniu się znalazłeś? W każdym momencie mogę wpakować i kulkę w łeb i nikt z twoich milusich znajomych nie będzie miał nic przeciwko! - Oprawca chciał zachować powagę. Tylko że w tej sytuacji nie dało się tego zrobić. Wszystko mogło odbyć się zupełnie inaczej niż zwykle. To ekscytujące. Ekscytujące!
   Rzecz jasna nie dla mężczyzny, który właśnie odstawił kubek do szafki i miał zamiar wrócić do swojej pracy. Jednak przez ludzi na korytarzu celowo odwlekał to w czasie. Na jego nieszczęście akurat tego dnia malowali ściany pokoju przesłuchań, więc wszystkich pilnych gości przyjmowali właśnie w tym nieszczęsnym miejscu. Praktycznie pod drzwiami jego biura. Słyszał kroki. Coraz więcej ludzi. Nawet nie liczył na to, że posprzątają po sobie. Był pewien, że to on zostanie po godzinach sam na sam ze ścierką, mydłem i plamami krwi. Zdecydowanie nie lubił brudu. Ale nie lubił też lenistwa. Dlatego wyszedł z małej kuchni.
   Ściany kiedyś były białe. W gruncie rzeczy zachowały ten kolor. Tylko że nie we wszystkich miejscach. Mężczyzna kierował się w stronę rosnącego zamieszania. Podekscytowanie. Groza. Radość. Oczekiwanie. Zniecierpliwienie. Emocje docierały do niego, jakby ktoś przelał je przez sitko. Jakby tylko wybrani mieli do nich prawo. Na korytarzu stała garstka "wybrańców". Przyglądali się chłopaczkowi, klęczącemu na podłodze. Chuderlak trzymał w dłoniach kilka kartek papieru. Drżał na całym ciele i zdawał się nie zauważać ciągle powiększającej się publiki. Ale żył. Nie wyglądał nawet na bardzo poturbowanego.
   Mężczyzna przecisnął się przez tłum. Przez chwile stał w centrum zamieszania. Zrobił duży krok nad dzieciakiem. Nawet nie wiedział, co taki małolat tu robi. Nie miało to dla niego znaczenia. Tylko na chwilę spojrzał na przerażoną twarz. Ich spojrzenia się zetknęły. Trwało to ułamek sekundy. Gdy tylko otworzył drzwi, mężczyzna wszedł do siebie. Nie miał ochoty więcej przebywać z ludźmi, którymi gardził. Oczywiście, rangą byli wyżej od niego, ale mentalnie... Właśnie. Czy można być bardziej niedojrzałym? Zapewne tak. Ale to nie miało większego znaczenia.
   Krzyk. Rozdzierający serce i duszę.
   Cichy szum włączanego komputera i tarcie krzesła o podłogę.
   Wiwat tłumu. Śmiech. 
   Odgłos wystukiwania kolejnych liter na klawiaturze.
   Chwila ciszy.
   Westchnienie.
   Krzyk. Krzyk wojownika. I odgłos przekręcanej klamki. I jeszcze większy rumor i zamykające się z trzaskiem drzwi.
   Spokojny mężczyzna spojrzał znudzonym wzrokiem na wychudzonego chłopaka. Dzieciak nie miał najmniejszych szans z całym tamtym tłumem. A jednak właśnie przekręcał kluczyk pozostawiony w zamku. Opierał się o zamknięte drzwi. Ciężko oddychał, ale żył. Coś błysnęło w jego dłoni.
   Wtedy upadł na podłogę. Z jego ręki wypadł mały paralizator. A z jego nogi tryskała krew. Mężczyzna siedzący za biurkiem trzymał pistolet. Nawet nie chciało mu się wstawać i otwierać drzwi. Ani też nie miał ochoty gnębić chłopaka.
   -Powinieneś stąd wyjść. - To nie była groźba. W żadnym wypadku. Tylko suchy fakt. - Przecież i tak w końcu zrobisz, co ci karzą. Po co się tak męczyć?
   -To tylko chwila. Zaraz po mnie wrócą.- Błysk pojawił się w jeszcze przed chwilą przerażonych oczach. Chłopak brzmiał inaczej. Jego głos brzmiał inaczej. Pewny siebie i zdeterminowany. Przerażony, ale stanowczy.- Wrócą i wymordują was wszystkich. - Próbował się podnieść z podłogi. Niemalże syczał. Tyle że to nic nie zmieniło. Chłopak zemdlał.

poniedziałek, 5 października 2015

Intencja Otchłani

 "Intencja Otchłani"
   Nie ma już świata. Nie ma żadnych słów. Nie ma nawet myśli. Poza tą jedną. Poza jedną wielką Intencją Otchłani. Widzi ona wszystko. A wszystko jest skąpane w czerni. Czuje wszystko. A wszystko jest w temperaturze zera absolutnego. Nic się nie rusza, bo nic nie ma. Nikt nie płacze, nikt nie krzyczy, bo już wszyscy umarli. Została tylko ona. Delikatna i cicha Intencja. Nie ma ciała, lecz pod jego powierzchnią coś buzuje. Pozlepiane, porozrywane, gotujące się, lepiące dusze. W ciemności i chłodzie. W braku światła i braku ruchu. Wszystkie zmarłe istnienia łączą się po środku nicości. Jestem częścią Intencji. Patrzę na nią z pewnej oddali, chociaż sama siedzę w jej centrum. Bulgoczę, rozlewam się. Łączę. Z innymi istnieniami.
   Nie ma już świata. W pewnym momencie wielki wybuch przerwał trans. Przerwał mój spokojny spacer do pracy. I jego jedzenie obiadu. I jej sen. Setki różnych czynności. Przede wszystkim oddychanie. I nikt się nie sprzeciwił, bo nikogo już nie było. Ani ludzi, ani roślin, ani zwierząt. Tylko niematerialne "nic", w które mało kto wierzył, przed poznaniem Intencji. A teraz to "nic" jest całą mną. A nawet więcej. Nie jestem już sobą. Jest tylko Intencja Otchłani. Organizm. Wielki i silny. Wiemy wszystko. Rozumiemy wszystko. Stale połączeni. Znajdujemy dusze i wspomnienia, które są bardzo odległe. Wchodzimy w nie. Łączymy się z nimi. Poznajemy genezę Intencji. Ona nie powstała teraz. Była jeszcze przed śmiercią wszystkich. Nim powstał nasz świat. Jeszcze przed wielkim wybuchem i powstaniem galaktyk. Przed narodzinami tego świata. Jakiego świata?
   Nie ma już świata. Tylko my. Intencja. Widzimy wszystko, nie widząc nic. Dookoła jest tylko czerń. To dobry moment, by zacząć.
   Jeden. Dwa. Trzy. Cztery. Powstaje Pięć. czas. Sześć. Siedem. Wszyst- Osiem. -ko się Dziewięć. zaczyna. Dziesięć. Jedenaście. Dwanaście. Trzynaście. Światło.
   Blask. W dźwiękach tykającego zegara, który jest słyszany tylko przez samego siebie, powstaje jasność. Światło. Teraz możemy zobaczyć nicość. Przyjrzeć się jej dokładnie. Chcemy, by nas usłyszano. Musimy stworzyć słyszących. Musimy stworzyć dźwięk. Na razie wypowiedziane słowa milkną. Nie ma powietrza, w którym mogłyby podróżować. Tak więc  powstaje oddech. Pierwszy materialny wytwór Intencji od końca świata. Teraz powstaje nowy świat. Intencja Otchłani śmieje się. My się śmiejemy. Jesteśmy jednym. Pięknym, wielkim, jedynym jednym. Wraz z oddechem pojawia się słowo. A słowo może stworzyć świat. Dzieli zera na plusy i minusy. Na materię i jej przeciwieństwo. Cząsteczki niczego rozpadają się. Lecą w dal.
   Powolutku tworzy się mały okruszek. To on przyciąga inne drobinki. Powiększa się. W Otchłani tańczą miniaturowe piórka. Intencja raduje się w raz z nimi i czeka, aż urosną. I czeka długo.
   Kiedyś był świat. I zniknął. A jego koniec był początkiem nowego. I w końcu pierwsza  żywa komórka się obudziła, by po chwili umrzeć. I połączyć się z Intencją. Gdy powstający właśnie świat zniknie, to ona będzie centrum Intencji, to ona wyrzeknie pierwsze słowo nowego świata.
   On też rozpocznie się wielkim wybuchem. Wybuchem martwej i pełnej życia przestrzeni.
Jestem Intencją Otchłani. Nie pamiętam imienia żadnej ze swoich cząstek. Teraz na prawdę jestem jedna. Mam jeden umysł, jedną myśl, jedną intencję. Tworzyć świat. Od nowa. A potem znowu. Tworzyć. I powiększać, choć i tak jestem już nieskończona. Radować się z każdych narodzin i każdej śmierci. Istnieć zgodnie z przeznaczeniem.
   Intencja zaśmiała się. Patrzę na ciebie. Odmierzam twoje życie. Czekam na śmierć. Aż się połączymy. Wszyscy razem. Stwórzmy nowy świat. Odliczam.
   Dwa biliardy pięćset tysięcy siedemset czterdzieści miliardów dziewięćset pięćdziesiąt sześć tysięcy milionów czterysta dwadzieścia jeden tysięcy sto dwadzieścia trzy. Dwa biliardy pięćset tysięcy siedemset czterdzieści miliardów dziewięćset pięćdziesiąt sześć tysięcy milionów czterysta dwadzieścia jeden tysięcy sto dwadzieścia cztery...

niedziela, 13 września 2015

Kruki


"Kruki"
    Był sobie ktoś, kogo jadły kruki. Był nieśmiertelny, więc miała to być wieczna kara. Miał cierpieć niezmiennie, przez lata. Zwierzęta miały wyjadać mu wnętrzności, a on miał być przywiązany do wielkiej skały metalowymi łańcuchami, bez możliwości ucieczki i choćby małej iskierki nadziei.
    Jednak on polubił kruki.
    Pewnego dnia jego oczy uniosły się do nieba. Wiedział, że żaden z bogów nie wysłucha jego próśb o litość, więc nawet się nie starał. Nie, była inna przyczyna tego smutnego spojrzenia. Treo czekał na ból, który miał nadejść po raz kolejny. Na horyzoncie można było dostrzec małą czarną plamkę, która nieubłaganie zbliżała się mężczyzny. Kruków zawsze było piętnaście, a każdy z nich miał kolor cienia. Wyglądały zupełnie, jakby pochłaniały światło. Po dłuższej milczącej chwili zwierzęta osiadły na półce skalnej, jak to miały w zwyczaju i popatrzyły na ofiarę swych własnych czynów. Treo uśmiechnął się blado do najstarszego. Przywitał się z nim i jak zawsze nie otrzymał nic w odpowiedzi, poza pierwszym wbiciem dzioba w żołądek.
    Bolało. Reszta dołączyła się, a usta mężczyzny otworzyły się w rozdzierającym, nieustającym krzyku, który odstraszał wszystkie inne zwierzęta, jedynie czarne, poważne ptaki nie bały się jego cierpienia. Nie myślał o tym. Jedyne czego pragnął, to przestać czuć. Krzyczał, a dzioby wchodziły coraz głębiej i głębiej. Penetrowały jego ciało od środka, barwiąc swoje pióra na czerwono. Coraz głębiej, coraz mocniej. Tylko krzyk nie przybierał na sile, bo mężczyźnie już jej nie starczało. Mimo wszystko krzyczał i cierpiał, a zwierzęta, pełne swego majestatu pożywiały się wyrywanymi, wydzieranymi skrawkami mięsa.
   Ta historia powtarzała się. Ta historia była nudna. Ta historia oczekiwała pozytywnego zakończenia. Ta historia ciągnęła się przez wiele lat. Treo zaczął rozmawiać z krukami przed posiłkiem. Nie odpowiadały mu, lecz też nie przeszkadzały w snuciu opowieści. Codziennie wymyślał inną anegdotę, aby przekazać ją krukom. Przyzwyczaił się do tego, one też, jednak kiedyś nie miał pomysłu na kolejną historię, Więc patrząc na zwierzęta powiedział:
   -Nie mogę mówić o ludziach, bo zapomniałem, jak wyglądają. Proszę sprowadźcie mi kogoś, abym nie czuł się samotny. - Najstarszy potraktował to jak zakończenie i wbił dziób w jego ciało.
    Kolejnego dnia, gdy nieśmiertelny patrzył na rany, które już kończyły się goić, mały patyczek upadł na trawę, rosnącą pod skałą. Po chwili na polance pojawił się młodzieniec, który nim rzucił. Chłopak o włosach równie jasnych, co jego skóra, popatrzył na Treo, a gdy jego oczy dosięgły człowieka, całego zbryzganego krwią, która była widoczna nie tylko na całym jego ciele, ale też na skale i na roślinach, przy niej rosnących, odsunął się o krok i przyłożył dłoń do ust, chcąc powstrzymać odruch wymiotny. Tylu płynów ustrojowych nie wytworzyłby jeden człowiek, chyba że krwawiłby dzień w dzień, lecz nawet wtedy zajęłoby mu to...
    -Witaj, ty, który udajesz słońce. - Zachrypnięty głos starca jeszcze bardziej wystraszył chłopca, który próbował się wycofać, od przerażającego widoku usychającego ciała przyczepionego do skały stalowymi łańcuchami. Usłyszał trzepot skrzydeł i jeszcze bardziej skulił się w sobie. Nad jego głową przeleciały dostojne ptaszyska, które przysiadły, przy nieśmiertelnym i zdawały się być jego obstawą. Gwardią króla śmierci.
    -Jak cię zwą młodzieńcze?
    -Rew - odpowiedział cichutko, przeklinając w duchu to, że nie zabrał mapy od ciotki i próbował skracać drogę na własną rękę. Nie mógł patrzyć na mężczyznę, więc wyczekiwał w napięciu, z wzrokiem wlepionym w ziemię. Czuł się, jak skazaniec.
   -Pięknie, pięknie, pięknie... Taak. Zbliż się Rew.
   Chłopiec usłuchał go, robiąc kilka nieśmiałych kroków w przód i nie warząc się nawet spojrzeć, ku górze. Metaliczny zapach krwi uderzał w jego nozdrza i oszałamiał, a jego serce dudniło mu coraz mocniej i coraz szybciej, z każdym słowem wypowiedzianym, przez nieśmiertelnego.
   -Mi mówią Treo, a te tutaj, to moi kaci. Chcę, abyś opowiedział nam jakąś historię, bo ja zawsze wymyślam, a nigdy nic nie słucham, wiesz... Te małe darmozjady nie chcą nic mówić, wiesz... Może sobie usiądź, co?
   -D-dobrze... - Rew przykucnął, opierając się dłońmi o zakrwawioną ziemię. Czuł na sobie wzrok wielu par okrutnych ślepi. Poczuł w ustach smak krwi. Zbyt długo przygryzał wargę. Próbował się rozluźnić, lecz przed oczami miał tylko i wyłącznie czerwoną plamę, której zapach nie miał zamiaru ustawać. - O czym mam ci opowiedzieć?
   -Ha! To pytanie. To jest pytanie. Do mnie, ha... ha... ha... - Skrzekliwy głos Treo wwiercał się w czaszkę chłopca. W jego pustym urywanym śmiechu było słychać jedynie obłęd.
   -Może lepiej zawołam pomoc?
   -Żaden człowiek, bóg, czy heros nie zdoła mnie ułaskawić, tak zostało ustalone. Będę wiecznie pożerany, tak... pożerany. Najwyraźniej jestem smaczny. Ha...
   Nagle Rew zobaczył coś w swojej głowie. Jakąś myśl, wyobrażenie, pomysł. Jednak był on dość makabryczny. Na tyle, że patrzenie na człowieka we krwi, który postradał zmysły, nie wydawało się już problemem. Chłopak powoli uniósł wzrok i próbował zebrać się na odwagę, by powiedzieć to, co musiało być wypowiedziane.
   -A... kruki? Czy one... Czy mogą cię... - Zawahał się na ułamek sekundy, patrząc się w paciorkowate ślepia najstarszego, który wydawał się być zadowolony - ułaskawić?
   Ptak wbił dziób w jego nadgarstek. Inne robiły to samo. Mężczyzna krzyczał, bo ból był równie silny, co każdego dnia. Kruki nie chciały zabrać mu ani sekundy kary. Ich dzioby wchodziły coraz głębiej, łamały kości.  Po pewnym czasie Treo nie miał już rąk i nóg, a łańcuchy nie miały się czego trzymać, więc jego ciało upadło z łoskotem na ziemię, gdzie jeszcze chwilę temu siedział Rew. Był wolny. Leżał u stup szarej skały topiąc się we własnej krwi, lecz nie miał już kajdan, których żaden człowiek, czy heros nie byłby w stanie zdjąć. Całe jego ciało drżało, a on jedynie zdzierał sobie gardło, chcąc by ból ustał, jak najszybciej. Kończyny powoli odrastały, potęgując cierpienie, a kruki przyozdobione czerwonymi kropelkami, odleciały za horyzont, a przerażony młodzieniec podniósł się i biegł, jak najszybciej i jak najdalej, dopóki mdłości nie zatrzymały go pod jednym z drzew. Wymiotował, a potem próbował iść dalej.
   Następnego dnia wstało słońce. Trawa cały czas była zbryzgana krwią. W miasteczkach nadal rodziły się dzieci, ludzie byli słabi i wycieńczeni tak, jak zwykle. Nawet pogoda się nie zmieniła. Świat żył nie zwracając uwagi na nieśmiertelnego, który płakał, uwolniony z kajdan.
   -Czemu... Tak wolno... - powtarzał. - Moje darmozjady mogły to zrobić... tak dawno, dawno temu... - szeptał.
   - Smacznego, moje kruki. - Nadal czekał na ptaszyska, które nie nadchodziły, bo wiedział, że kara miała trwać wiecznie, a przecież nigdy się nie sprzeciwiał osądom innych bóstw. W tym momencie po raz pierwszy zastanowił się, czy jego grzech był tego wszystkiego wart. Wtedy nadleciały. Treo uśmiechnął się ukazując kilka swoich pozostałych w ustach zębów i spróbował się podnieść.
   -Smacznego...
   Jego kara była wieczna. Jednak on polubił kruki.


poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Świetliki

Długo mnie nie było. Wiadomo - wakacje. Zaraz idę do nowej szkoły i będę musiała integrować się z ludźmi, od których nie uwolnię się przez najbliższe trzy lata. Muszę się wreszcie wziąć za siebie i przynajmniej częściowo wygrać ze swoim strachem. Jednocześnie postanowiłam napisać książkę. Oczywiście cały świat przedstawiony lata po mojej głowie ponad pół roku, ale właśnie teraz zaczęłam tworzyć fabułę. A co z blogiem? Cóż, na razie odżyje, ale czy potrwa to długo? Nie wiem. Na pewno dzisiaj jest nowe opowiadanie i to nie byle jakie. Sci-fi, do tego wyjątkowo długie. W końcu trzeba was udobruchać, za tą nieobecność.
 
"Świetliki"
To właśnie widok, który przyprawia mnie o zawroty głowy i duszności. Może to tylko przez jego unikalność, a w gruncie rzeczy nie jest on wcale taki wspaniały, ale ja czuję się, jakbym stał na końcu świata. Dwa kroki przede mną znika ziemia. Nie. Nie ziemia. To tylko szary, zimny metal. Jednak nie czuję pod stopami jego chłodu i mogę udawać, że patrzę w przepaść. Dalej jest jedynie czerń. Wielka pusta otchłań, w którą można by skoczyć i nigdy nie dosięgnęłoby się dna. Pustka nie ma dna.
Dobrze wiem, że nawet jeśli to koniec świata, to tylko mojego świata. Nade mną unoszą się świetliki. Ich blask odbija się na szybce przed moją twarzą. Nie przeszkadza to w ich podziwianiu. Sam nie wiem dlaczego. Może to dodaje jakiejś aury tajemniczości, czy grozy. W końcu bez tego skafandra udusiłbym się. Świetliki płyną całym stadem. Wydają się rozrzucone chaotycznie, losowo szybujące przez niemą pustkę, ale każdy z nich spokojnie trzyma się swojego miejsca. Stale wędrują w niezmienionej formacji, jakby stanowiła ona część wielkiego planu. Może nawet planu podboju ludzkości.
Mrugam. Moje pole widzenia jest spowite mgłą i naraz przestaje. Znów wszystko jest w porządku. Myślę, czy nie sprawdzić stężenia tlenu, ale nie sądzę, by to było przyczyną. Nie czuję już żadnego dyskomfortu, więc nie ma co martwić się na zapas. Wolę jeszcze chwilę tu posiedzieć. Cisza jest bardzo przyjemna. Co prawda cały czas słyszę szum wtłaczanego powietrza, ale nic poza tym. W nicości dźwięk nie może się rozprzestrzeniać. To dobrze. Nie lubię jazgotu tych wszystkich ludzi stłoczonych na pokładzie. Jakby nie umieli milczeć. Nie umieją.
Słyszę piknięcie. Ktoś chce ze mną rozmawiać. Pozwalam mu na to. Obracam się, by spojrzeć, kto wyszedł na powierzchnię (jeśli rzeczywiście to zrobił, bo równie dobrze ktoś z centrali mógł chcieć, abym już wracał. Nie chcę wracać.)
Nikogo nie widzę. Właz ani drgnął od momentu, gdy go za sobą zamknąłem.
-Halo? - mówię. Odpowiada mi cisza. Dziwne. Skoro jestem połączony, to powinienem słyszeć choćby jego oddech, czy jakieś szumy w tle, krzyczące dzieci, przelatujący poduszkowiec, czy informacje, które raz na jakiś czas są puszczane przez głośniki, a jeśli nie to przynajmniej muzykę w tle. Ona zawsze jest. Dziwne.
-Halo? - powtarzam, lecz nic się nie zmienia. Powinienem już wracać. Może coś się zepsuło? Mój skafander jest bardzo porządny, ale w gruncie rzeczy stary. Nawet czerwony kolor dawno wypłowiał i teraz nazywany jest łososiowym. Przynajmniej go mam.
Kiedyś naprawiałem ewentualne usterki, do których trzeba było wychodzić na zewnątrz. Teraz wszystko jest trwalsze, a ja nie znam już najnowszej elektroniki. Zostałem w poprzedniej epoce. Mimo to czasem prosi się mnie, bym zabrał nowych na zewnątrz, by zobaczyć, kto się nadaje do takiej pracy. Wiele osób ma lęk przed dużymi przestrzeniami, który potrafi ujawnić się dopiero po wyjściu z bezpiecznego zamknięcia. I uczę ich. Właściwie to jestem bardziej wychowawcą. Kilka młodych chłopaków, którzy chcą zostać mechanikami trafiło pod moje nieoszlifowane skrzydła i zdaje się, że całkiem mnie lubią. Szczerze mówiąc – przywiązałem się do nich i głupio mi będzie, gdy dostaną swoje dyplomy i zaczną normalnie pracować. Tak jest co roku. Staż pod moim okiem i już praca.
Oczywiście zawodu uczą się wcześniej. Jednak to tylko teoria, trzeba im jeszcze pokazać wszystko w praktyce. Ja tego nie robię. Z resztą jestem na emeryturze. Po prostu mieszkam niedaleko, a moi dawni przełożeni już się przyzwyczaili, że zawsze oprowadzam dzieciaki (choć to już w sumie nawet nie młodzież, ale wolę ich tak nazywać).
Cisza robi się nieprzyjemna. Bardzo. Patrzę na wejście do statku. Na prawdę powinienem wracać. Oficjalnie jestem zbyt stary, by tu wychodzić. Wysyłam sygnał do zablokowania pierwszej śluzy i rozszczelnienia drugiej. Z łatwością rozsuwam metalowe drzwi i wchodzę do „wiatrołapu”. Nazwę ma dość nieadekwatną, ale to taka pamiątka po dawnych czasach. W moich uszach rozbrzmiewa komunikat „Strefa przejścia nr2 napełniona powietrzem. Proszę o zdjęcie kasku i potwierdzenie zaaklimatyzowania się do warunków.”
Pamiętam, że gdy zaczynałem tę pracę, traktowałem wszystko poważnie. Potrafiłem czekać kilka minut, by w końcu uznać, że się przyzwyczaiłem, choć różnicy w stężeniu tlenu w powietrzu w wiatrołapie i w skafandrze nie sposób wyczuć. Jest bardzo subtelna. Właściwie, to teraz wydaje się większa niż zwykle. Jakby powietrze było rzadsze. Bez ociągania się potwierdzam, że wszystko u mnie w porządku.
Drzwi (tym razem już bez mojej pomocy) otwierają się. Już czuję tęsknotę do swoich „świetlików”, jednak nie mam zamiaru się zawracać. Nie jestem pewien, czy mam w ogóle taką możliwość. Przede mną rozciąga się przerażający widok. Wszystko jest skąpane w czerwieni. Nawet mój skafander zdaje się mieć ten wyrazisty kolor. Tylko na kilku panelach kontrolnych widać liczby, wskaźniki i tabelki. Znaczna większość ekranów jest wyłączona. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tego pomieszczenia w takim stanie.
Oczy znów zachodzą mi mgłą. Kaszlę. Chyba rzeczywiście jest mniej tlenu niż powinno. Przecież coś takiego nie powinno mieć miejsca. Opieram się ręką o ścianę i zamykam oczy. Tylko na chwilkę. Słyszę cichy, miarowy szum. Pompy ciągle pracują, by odświeżyć powietrze. Nawet gdyby na całym statku padło zasilanie, to mieliśmy różnego rodzaju rezerwy i środki bezpieczeństwa. Nie da się puścić z dymem całego statku w ciągu niecałej godziny. Jestem po prostu stary... lub któryś z moich podopiecznych coś zepsuł i nie chciał się przyznać. A oni, jak próbują coś naprawić to niszczą jeszcze bardziej. Jedynym niepokojącym faktem było to, że nikt nie próbował się ze mną skontaktować.
Próbował. Przypominam sobie piknięcie oznajmiające połączenie przychodzące. Wbijam wzrok przed siebie i otwieram drzwi.
Coś mnie oślepia. Najpierw cisza, potem huk i jeden wielki wrzask. Próbuję się przyzwyczaić do tego natężenia światła. Widzę grupkę ubranych na kolorowo ludzi machających czerwonymi flagami. Na najszerszej ścianie pokoju spotkań widzę wielki plakat z napisem „Sto lat!”. Nie zdążyłem go przeczytać, a już jestem ściskany przez setki rąk i ciał. Chyba nawet płaczę. Wszystko miga i mruga. Wszystko jest wesołe i kolorowe. Ktoś wnosi tort.
Zaczynam się śmiać i włączam się do rozmowy. Dziękuję wszystkim po kolei i pytam, czemu wyłączyli zasilanie w pierwszej fazie przejścia. Marek, który właśnie wręczał mi czerwoną paczuszkę, w której zapewne znajdę ręcznie szyte skarpetki, blednie.
-Zasilanie? - Stara się przekrzyczeć tłum i nie zniknąć za kolegami z pracy.
Kiwam głową, a on przeciska się między ludźmi, by dotrzeć do tamtego pokoju. Idę za nim. Ktoś próbuje mnie zatrzymać, ale nie zwracam na to uwagi. Ponownie wchodzimy do skąpanego w czerwieni pomieszczenia. Wraz z nami wlewają się kolejne osoby i od razu zauważają to, co ja pominąłem. W rogu siedzi człowiek. Ma opuszczoną głowę, na której widnieje zakrzepła krew. Ktoś wydaje głośny okrzyk. Jakaś dziewczyna krzyczy, że trzeba zawiadomić policję.
Nie wiem dlaczego, ale mam pewność, że temu mężczyźnie nic już nie pomoże. Muszę podejść. Potem schylam się, by zobaczyć jego twarz. Z początku go nie rozpoznaję. Jednak skądś muszę go znać. Kogoś mi przypomina. Kaszlę w rękaw. Śmierdzi. To co wcześniej wziąłem za zbyt niskie stężenie tlenu było w rzeczywistości zapachem rozkładającego się ciała. Wygląda tak młodo.
Podnoszę się z klęczek. Unoszę prawą dłoń i robię znak krzyża. Ludzie stojący za mną wiedzą co oznacza. Są głośni, a ja ich nie chcę słyszeć. Ten człowiek - teraz sobie przypominam - kilka tygodni, (a może dni) temu prosił, bym pozwolił mu zrobić zdjęcia gwiazdom. Chciał wyjść ze statku. Nadal nie wiem czemu. Jego aparacik pewnie nie dał by sobie rady. Przecież były kamery, dzięki którym dało się oglądać gwiazdy i to z szaleńczą precyzją. On jednak upierał się, a ja nie miałem prawa się zgodzić. A nawet gdybym miał, nie zrobiłbym tego. Fotografie są profanacją takiego widoku. Nie potrafią go oddać. Był naprawdę naiwny.
    Nie dotykam go. Wiem, że to spaniały gest, wyrzucić go w tym momencie w kosmos, lecz i tak nie mógłby oglądać moich "świetlików". Do tego słyszałem już kroki policji. Jeśli został zamordowany, to nie można było zostawić choć jednego śladu swojego palca. Wydawał się być dobrym człowiekiem. Tak myślę. Nie powinno się marnować takiego materiału genetycznego. Ja też ostatecznie nie scalę się z gwiazdami. Dlaczego on by miał?
    Teraz nie wrócę do swoich urodzin. Ani do kosmosu. Teraz przychodzą ludzie w mundurach. Teraz mnie odpychają i zapewniają, że wszystko jest pod kontrolą. Teraz zajmują się ciałem i wyganiają gapiów. Teraz obracam głowę, by jeszcze raz spojrzeć na pomieszczenie i właz. Przejrzą kamery. Zabiorą mi kombinezon. Już tęsknię.

piątek, 26 czerwca 2015

Daleko

    Jako że właśnie zaczęły się wakacje, przez następne dwa miesiące będzie tu mały przestój. Dokładnie tak, jak w zeszłym roku. Raczej nie będę nic dodawać, ewentualnie jakiś mały rozdzialik, czy wiersz. Mam zamiar sobie zrobić wakacje również od bloga, dlatego że mogę nie mieć czasu, lub dostępu do komputera.
    Dziś tekst wybitnie krótki, za to z ładnym podkładem muzycznym. Miłego czytania.

 

"Daleko"
   Byłem cały mokry. Deszcz robił się coraz delikatniejszy, zacisnąłem usta, poprawiłem raz jeszcze zapięcie swej kurtki i odgarnąłem wiszącą na mej drodze gałąź. Kropelki spadały z liści, ochlapując moją twarz. Musiałem iść dalej. Robiło się coraz zimniej, zapadał zmierzch. Dobrze wiedziałem, że zaraz stanę u celu. Dokładnie opisano mi drogę. Przeszedłem nad krzakami, mijałem sterty głazów. Próbowałem skupić się na jednym punkcie przed sobą. Nogi grzęzły mi w ziemi. Na stopach czułem błoto. Wszystko przeciekało. Wszystko mnie bolało. Wszystko coraz bardziej się ode mnie oddalało. Jedynie mały zwój ciągle trwał przymocowany w kieszonce przy moim sercu. Jeśli go nie dostarczę... będzie po wszystkim. Powinienem był nadal biec. Krzyczeć na całe gardło, że jestem gońcem i wpaść prosto przez główne wejście na dziedziniec wielkiego zamczyska.
   Nie miałem już sił. Starałem się wyrównać oddech. Szedłem coraz wolniej. Błoto dodatkowo mi przeszkadzało. Po niebie sunęły szare chmury, zasłaniając coraz więcej słońca. Miałem, wrażenie, że jest już noc. Nie poddawałem się. Deszcz przecież ustawał. A ja, choć przemoczony, prawie dotarłem na miejsce.
   Czerń. Miałem mroczki przed oczami. Wyciągnąłem przed siebie rękę, aby oprzeć się o pień najbliższego drzewa. Nogi miałem, jak z waty. „Wdech, weź wdech” - powtarzałem sobie w myślach. „Jeszcze tylko kawałek. Kawałek, rozumiesz?”
   Zamknąłem oczy. Nie mogłem wytrzymać pulsującego bólu w mojej głowie. Zakaszlałem i osunąłem się powoli na ziemię. Błoto przedostawało się przez spodnie. Zrobiło mi się niedobrze. Musiałem się położyć. Na chwilę. Tylko, żeby mi się poprawiło. Opuściłem głowę i czułem na jej czubku opadające krople deszczu.
   Leżałem w bagnie. Czułem, jak mnie pochłania. Powolutku. Nie miałem siły wstać. Na chwilę wzrok mi się poprawił. Już nie było tak ciemno. Spróbowałem spojrzeć przed siebie. Musiałem. Musiałem tam dojść. Wyciągnąłem rękę.
   Huk. Po chwili zobaczyłem błysk. Chciałem się podciągnąć, jednak bagno nie dawało za wygraną. Nieustępliwa ziemia przyciągała mnie. Tylko kawałek. Przecież już nie jest daleko. Nie mogłem się poddać. Ja nie robię takich rzeczy. Czułem łzy pod powiekami. Nie mogłem się na to zgodzić. W moje usta wpłynęło trochę błota. Chciałem, je wypluć, lecz dostało się go jeszcze więcej.
   Przecież normalnie bez problemu bym stąd wyszedł. Serce mnie paliło. Nie. Coś na sercu. Zwój.
Ziemia mnie pochłonęła. Odpływałem. Ten zamek. On był daleko. Zawsze był daleko. Nie mogłem oddychać. Wszystko stało się czarne. Gdzie on jest? Moje serce biło tak mocno, jak tylko mogło, a ja i tak nie miałem szans. Błoto otaczało mnie z każdej strony, dotykało każdego kawałka mojego ciała. Nie obchodził mnie zamek. Chciałem tylko wziąć wdech.

sobota, 6 czerwca 2015

Życie - gra cz.2


Życie - gra cz.2
    Mad patrzy na mrugający widelec na dole ekranu. Pojawia się komunikat, że nic nie jadł od dwunastu godzin. Chłopak rzeczywiście jest głodny. Wybiera mięso z kurczaka i sałatkę. Będzie musiał chwilę poczekać. Już słychać, jak maszyny w kuchni przygotowują mu posiłek.
    Musi dalej tworzyć historię. Zazwyczaj uśmierca ludzi w młodości, by mieć mniej pracy, ale teraz nie ma takiej możliwości. Malimera potrafi być bardzo uciążliwa. Chłopak zerka pobieżnie na to, co już zrobił. Uśmiecha się pod nosem. Całkiem nieźle mu szło. Zaczyna pisać dalej. Oczywiście powinien już zacząć wprowadzać bardziej pozytywne rzeczy. Uznaje, że przygarnięcie małego kotka, to coś pozytywnego. Zmienia zdanie. Jak kotek umrze, to będzie źle.
    Wzdycha. Pisanie szczęśliwego życia jest wręcz niemożliwe. Jednak musi. Ciekawa praca, staż. To brzmi znośnie. Będzie mogła robić coś związanego z baletem, a potem zacznie występować. Idealny plan. Po pewnym czasie znajdzie sobie męża i będą szczęśliwi w jakimś bloku na przedmieściach. Jej ojciec wyjedzie za granicę, a z matką pogodzą się dopiero, gdy kobieta zachoruje i umrze. Dziewczyna nie będzie czuła żalu. Zacznie życie od nowa ze swoim wybrankiem. To właśnie w szpitalu go pozna.
   Chłopak coraz bardziej się wkręca. Musi przemyśleć tę historię. Każdy kawałek musi współgrać. W końcu udaje mu się stworzyć ogólną koncepcję i przekłada ją na słowa. Jego palce śmigają po klawiaturze. Właściwie, to mógł dyktować tekst, ale zawsze się jąkał, a potem treść była pełna "ten, tego", "no" i "albo inaczej". Tylko z tego powodu korzystał z czegoś tak archaicznego, jak klawiatura. Trochę dłużej zajmowało pisanie, ale przynajmniej nie marnował kilku godzin na usuwanie tych brudów.
   Wstukuje kolejne słowa. Nie zauważa, że jedzenie już dawno leży w jego pokoju. Całkiem zapomina o głodzie. Pisze. Tylko tyle. To strasznie męczące. Ręce już go bolą. Chciałby się położyć i zasnąć. Zbiera się w sobie. Wstukuje kolejne słowa.
    Ikonka czatu mruga. Dopiero to odrywa go od pracy.
BardzoZłySzef: Termin Lidii się przesunął. Masz jeszcze dwadzieścia godzin.
    Mad nawet nie odpisuje. Po chwili dostaje kolejną wiadomość.
Malimera: Mam coś.
Denat-urat: Co jest?
Malimera: Myślisz, że ci ludzie to serio żyją?
   Jakby nie miała nic ciekawszego do roboty. Chłopak jest na nią zły. Mogłaby dać mu spokój.
Denat-urat: Nie, nie sądzę.
Malimera: Ale jeśli tak?
    Naprawdę nie ma ochoty na jej kolejne wywody. Malimera wiecznie ma jakieś problemy natury psychologicznej, a on nic na to nie może poradzić. Nawet zbywanie jej nie pomaga.
Denat-urat: To chyba nie robi większej różnicy.
Malimera: Nie lubię nieszczęśliwych zakończeń, bo to dołujące. Ale jeśli ty serio skazujesz ludzi na te wszystkie rzeczy? To okrutne.
Denat-urat: Nie.
    Nie ma wyboru. Musi jej napisać trochę więcej niż dwa słowa. Może wtedy uzna, że wyczerpali temat i chłopak będzie mógł dokończyć robotę. Trochę się spieszył.
Denat-urat: To tylko głupi program. Wymyślasz człowieka sprzed ponad stu lat i tyle.
Denat-urat: Płacą mi za to, to to robię.
Denat-urat: Nie ma w tym nic nadprzyrodzonego.
Malimera: Zapisujesz swoje wszystkie prace?
    Wzdycha. Unosi oczy do zalanego czernią sufitu. Czuje, że będzie miał zajęte następnych kilka godzin.
Denat-urat: Mam je na oddzielnym dysku.
Malimera: Sprawdź swoją pierwszą.
Denat-urat: Po co?
    Mad wcale nie ma zamiaru tego robić.
Malimera: Masz sprawdzić, to masz sprawdzić i już. Tylko odpisz co znalazłeś.
Denat-urat: Ale dlaczego?
Malimera: Bo tak chcę! Jak się mylę, to nic się nie stanie.
Malimera: Tylko odpisz.
Denat-urat: Ok.
   Jego ręce drżą. Nieznacznie. Po prostu jest zmęczony. Potem odpocznie, teraz musi znaleźć swojego pierwszego człowieka. Jego dysk z archiwum jest podłączony do komputera, więc nie musi nic szczególnego robić. Tylko przeglądać foldery i pliki. To w pewien sposób absurdalne, ale z drugiej strony, w rzeczy samej nie pamiętał, o kim pisał, gdy tylko dostał ten program. A może to powinno być, jak pierwszy pocałunek. Powinien chociażby go kojarzyć. Tak mu się wydaje.
    W końcu widzi upragniony numerek jeden. Klika. Pierwsze co się pojawia, to data urodzenia, rasa, planeta i inne podstawowe informacje. Nic wyjątkowego. Twarz chłopaka, którego Mad stworzył jako pierwszego, jest trochę kanciasta. Ostre rysy twarzy łagodzą proste, długie, czarne włosy. Ich kolorem i odcieniem skóry nawet przypomina swojego stwórce.
   Chłopak uśmiecha się. Może wzorował go na sobie? Wydaje się to być całkiem prawdopodobne. Nawet ich imiona niewiele się różnią. Tamten to Mateusz, czyli Mat.
   Mad drapie się po karku i zaczyna czytać historię. Na pierwszy rzut oka wydaje się mała. Przecież są też minimalne długości wypracowań. Czemu więc u niego widnieje tylko kilka zdań? Czyta je. Mruga.
   Rodzice zostawili go przy pudle Caritasu na stare ubrania. Do wieku dojrzałości przetrzymywany był w inkubatorze w SWOL. W momencie ukończenia szesnastu lat biologicznych, w rzeczywistości ma już sto. Zostaje otworzony i zaprzęgnięty do pracy nad tworzeniem historii dawnych ludzi. W ciągu pierwszego tygodnia zapomina o wszystkim, co przekazano mu na początku.  Pracuje na maszynach ze swojego okresu. Nie buntuje się. Prowadzi rozmowy tylko z dwiema osobami: Malimerą i szefem. Z żadnym z nich nie ma głębszych relacji. Pracę traktuje jako formę zarobku, choć nic za nią nie dostaje. Nigdy nie wychodzi z pokoju mieszczącego się na dwudziestym siódmym piętrze budynku SWOL-u pod numerem dziewięć. Zapomina jeść i umiera.
   Mad przełyka ślinę. Jego serce bije szybciej niż zwykle. Co to ma być? Nie możliwe, że sam to napisał. Na dole ekranu miga ikonka czatu. Z braku lepszych pomysłów klika w nią. Czuje, jak drżą mu ręce.
Malimera: Już?
Denat-urat: Tak.
Malimera: I?
Denat-urat: To chore.
Denat-urat: Co ty miałaś w swojej pierwszej historii?
Malimera: Nic. Ja nie piszę historii.
Malimera: To tylko twoje zadanie.
   Mad chce odpisać. Zapytać o co jej chodzi, jednak widzi, że kolejne wiadomości zaraz się pojawią. Boli go głowa. Malimera nadal nie odpisuje, potrzebuje czasu. On sam nie wie, co mógłby zrobić. Skoro tylko on pisze historie, to czy skazał ją na taki żywot? Robi mu się niedobrze. Musi go nienawidzić. Na ekranie wyświetla się kolejne zdanie.
Malimera: Nie wiem czemu to tak wymyśliłeś.
   Chłopak już nie widzi komputera. Nic nie widzi. Tylko mroczki przed oczami. Pulsujące szare sześciany przypominające plaster miodu. A wiadomości pokazują się nadal.
Malimera: Jesteś cholernym idiotą.
Malimera: Powinniśmy chociaż dać możliwość edytowania.
   Mad zamyka oczy. Wszystko jest ciężkie. Opiera głowę o biurko. Chce napisać do jedynej znajomej. Wyciąga dłoń w stronę klawiatury.
 Malimera: Ale to przede wszystkim przez ciebie. Złe zakończenia są złe rozumiesz?
 Malimera: Kocham cię.
 Malimera: Sam to wymyśliłeś.
 Malimera: Błagam. Powiedz coś
 Denat-urat: przespxraszsdafgbmkl

*Denat-urat wylogował/ła się.*
 
*Malimera wylogował/ła się.*

*Denat-urat zalogował/ła się.*

 
 Denat-urat: Już jest "edytuj".
 Denat-urat: Też cię kocham.

piątek, 29 maja 2015

Życie - gra cz.1

   Tak oto pierwszy raz odpowiadam na nominację do LBA. Sama nikogo nie będę tym męczyć, bo z zasady nie lubię tej zabawy. Blogi warte uwagi możecie znaleźć w zakładce linki. Jednak, z jakiegoś powodu spojrzałam na treść wyzwania, rzuconego przez nikogo innego, jak autorkę bloga "Dzienniki Destiny". (Warto tam zajrzeć.) Jako, że zostałam mile zaskoczona, uznałam, że zrobię wyjątek od reguły.
A oto treść wyzwania:
Napisz na swoim blogu post na jeden z podanych poniżej tematów:
1. Jaki jest twój stosunek do gier komputerowych?
2. Jak wyobrażasz sobie świat w roku 2185?
3. Co sądzisz o wierszyku napisanym przez Yrososa?
Różne życia,
Różne historie.
Czy ktoś nam je pisze?
Czy może my sami to robimy?
Sięgamy gwiazd,
Nie znając wciąż odpowiedzi.
    Obawiam się, że to dość oczywiste, że nagięłam odrobinę reguły. Tak więc mamy opowiadanie, przy pisaniu którego inspirowałam się wszystkimi pytaniami, lecz przede wszystkim wierszem Yrososa. Jako, że historia wyszła wyjątkowo długa podzieliłam ją na dwie części (druga za tydzień).
    Będąc przy ogłoszeniach: Reklama Kliknij! Czytaj! Kochaj! (Lub chociaż polub.)

"Życie - gra" cz.1
   Jest wyjątkowo ciemno. Mimo że, jak zwykle, ciasne pomieszczenie jest oświetlane przez delikatny, błękitny poblask bijący od komputera, to Madowi jakoś trudniej dostrzec zarysy mebli. Chłopak mruga i przeciera twarz dłonią. Czuje tylko zmęczenie. Od dłuższego czasu nie może się wyspać i nie ma już sił nawet prosić o leki. Po prostu leży na łóżku przez kilka godzin, a potem wstaje jeszcze bardziej poirytowany i osłabiony.
   Nie jest pewny, czy to wzrok mu się pogarsza, czy przez mniejsze dostawy prądu, jego komputer przerzucił się na tryb oszczędny i nie świeci już tak jasno, ale nie chce mu się nad tym myśleć. W ogóle myśleć. Wolałby spać.
   Podnosi się z łóżka. Powoli. Kawałek po kawałeczku. Bierze wdech i wstaje. Nie ma zamiaru włączać światła. Możliwe, że to z przyzwyczajenia. Mad siada przy biurku i ze znudzeniem patrzy na ekran. Na pulpicie uporczywie mrugają dwa komunikaty. Jeden informuje o kończących się zapasach w lodówce i gaśnie od razu, gdy chłopak wybiera ten sam zestaw żywieniowy co zawsze. Drugi komunikat jest zdecydowanie mniej zachęcający. Szef próbował się dobić do niego na czacie. To może sugerować jedynie kłopoty, więc Mad zawczasu nastawiony negatywnie, podkula nogi na krześle i sprawdza wiadomości.
BardzoZłySzef: Nie oddałeś mi jeszcze poprawki Alicji, wiesz o tym? Termin minął dwa dni temu.
BardzoZłySzef: Musisz też oddać historię Lidii.
BardzoZłySzef: Zacząłeś w ogóle to robić?
BardzoZłySzef: Odpuść sobie tą Alicję, nieoszlifowana wersja już poszła.
BardzoZłySzef: Ale Lidię masz oddać na czas.
BardzoZłySzef: Zrozumiano?
   Mad patrzy tępo przed siebie. Musi dwa razy przeczytać tekst, by do niego doszło, ale przynajmniej ma mniej pracy. Wieści nawet nie są takie złe. Szybko wystukuje wiadomość, aby pokazać, że jednak żyje.
Denat-urat: Lidia już jest w połowie zrobiona. Zdążę. Daję słowo.
   Oczywiście nie jest w połowie. Nawet nie zaczął, bo cały czas myślał nad tą nieszczęsną Alicją. Dobra. Już nie musi o niej myśleć. Jeszcze raz przeciera oczy i skupia wzrok na ekranie komputera. Odpala swój program i zaczyna wpisywać dane. Na szczęście wspiera się gotowcami i nie musi po raz setny wprowadzać rasy i planety, w końcu od zawsze zajmował się jedynie ludźmi. Wzdycha i już definitywnie zabiera się do pracy.
   Najpierw wygląd. Niebieskie (00376e) oczy, blond (f0b81d) włosy, cera blada (ffcf82). Potem rysy twarzy. Robił to już tyle razy, że ma wrażenie, że się powtarza i już kiedyś zrobił coś takiego, jednak po dwóch godzinach głupiego ustawiania wyglądu program zielonym napisem obwieszcza, że projekt się nadaje. Mad wie, że najgorsze przed nim. Trzeba napisać historię. Puste miejsce, które mogło pomieścić ponad trzydzieści milionów słów czekało na falę informacji.
   Mad mruga. Patrzy na godzinę. Jest czwarta. Chłopak nie ma nawet pewności, czy nad ranem, czy po południu, ale zbytnio się tym nie przejmuje. Jedyne co jest pewne to to, iż powinien coś zjeść. Zjeżdża myszką na pasek zadań i wciska ikonkę widelca i noża. Pojawia mu się dobrze znany spis produktów. Chłopak wybiera puszkę Coli i zamyka okno dialogowe.
   Przez chwilę wsłuchuje się w ciche buczenie komputera. Potem słyszy cichy brzdęk i odwraca się. Puszka chłodnego napoju toczy się  jego stronę. Gdy będzie miał czas pomajstruje w sterownikach i trochę ogarnie te roboty. Później. Bierze łyk gazowanego napoju. Słodycz, wraz z bąbelkami gazu, rozchodzi się po jego ustach, dając przyjemne uczucie orzeźwienia.
    Zabiera się do pracy. Zaczyna od narodzin. Dziewczyna przyjdzie na świat w brudnej piwnicy. Ciekawie się zaczyna. Mad brnie dalej. Opisuje, jakie będzie jej pierwsze słowo, do jakiej szkoły zostanie wysłana, jakie koleżanki spotka, dlaczego zacznie chodzić na lekcje baletu.
    Zaczynają go boleć oczy.
    Dziewczyna będzie lubiła niebieski, a w wieku dwunastu lat zacznie nosić okulary. Zirytowana tym faktem złamie je i spuści w toalecie. W domu ojciec ją pobije. Będzie wściekły, że zmarnowała jego pieniądze, a ona obieca, że odda wszystko co do grosza. Lidia zacznie zapożyczać się u znajomych.
   Mad chce już dojść do dorosłości. Cola mu się skończyła, ale nie chce marnować czasu na drugą.
   Ikonka czatu mruga. Chłopak przełyka ślinę i sprawdza wiadomość.
Malimera: Co ty zrobiłeś tej biednej Alicji?
   Tekst sam w sobie nie wydaje się być groźny, ale osoba, która go wysłała, to zupełnie coś innego. Mad szybko zapisuje swoją pracę. Zrobi sobie przerwę. Odpisuje.
Denat-urat: Kurcze, nawet jej nie skończyłem. Widziałaś ją?
Malimera: Oczywiście, że widziałam.
Malimera: I nie chodziło o to, że była niedopracowana.
Malimera: Ciągle robisz złe zakończenia.
Denat-urat: To źle?
    Dobrze wie, jaka będzie odpowiedź. Już wiele razy to przerabiali. Jednak nie chciał już jej tego tłumaczyć. Musiał na chwilę oderwać się od aktualnej historii.
Malimera: Złe zakończenia z zasady są złe!
Denat-urat: Nie możemy porozmawiać o czymś innym?
Malimera: Obiecaj, że następny będzie happy end.
Denat-urat: A sprawdzisz?
Malimera: Tak.
Malimera: Musisz się zgodzić.
Malimera: Bo zhakuję ci komputer i przez następny miesiąc będziesz słuchał Nyan Cata.
Malimera: To jak?
    Zaciska zęby. Patrzy na klawiaturę i w końcu odpowiada.
Denat-urat: Kurwa.
Malimera: I świetnie :)
    A mógł ją zignorować. Tylko że wtedy Malimera włączyłaby coś jeszcze gorszego od Nyan Cata, by zwrócić na siebie uwagę. Zawsze robiła coś wrednego i przeszkadzała mu w pracy. Nawet się do niej przyzwyczaił. Chyba. Mimo tylu przeprowadzonych rozmów, nigdy jej nie widział, nie wie, jak ma na imię. To akurat mało go obchodzi. Bardziej go frapuje, co dziewczyna tak właściwie robi. Skoro ma tyle czasu na pisanie wirusów i nękanie go na czacie, a do tego czyta wszystkie jego historie. Mad pewien czas temu spytał, czy jest ona czymś w rodzaju bety i ciągle musi poprawiać jego prace, ale ona go zbyła. Niczego więcej się nie spodziewał.